WordPress database error: [The MariaDB server is running with the --read-only option so it cannot execute this statement]UPDATE `sw_options` SET `option_value` = '0' WHERE `option_name` = 'wpdm_social_share_enable'
WordPress database error: [The MariaDB server is running with the --read-only option so it cannot execute this statement]UPDATE `sw_options` SET `option_value` = '0' WHERE `option_name` = 'wpdm_social_share_show_total_share_count'
WordPress database error: [The MariaDB server is running with the --read-only option so it cannot execute this statement]UPDATE `sw_options` SET `option_value` = '0' WHERE `option_name` = 'wpdm_social_share_minimum_share_count'
WordPress database error: [The MariaDB server is running with the --read-only option so it cannot execute this statement]UPDATE `sw_options` SET `option_value` = '0' WHERE `option_name` = 'wpdm_social_share_saved'
WordPress database error: [The MariaDB server is running with the --read-only option so it cannot execute this statement]DELETE FROM `sw_options` WHERE `option_name` = '_transient_2__9b7a51e2f4b74108a3824eb60863f798'
WordPress database error: [The MariaDB server is running with the --read-only option so it cannot execute this statement]DELETE FROM `sw_options` WHERE `option_name` = '_transient_timeout_2__9b7a51e2f4b74108a3824eb60863f798'
Błąd bazy danych WordPressa: [The MariaDB server is running with the --read-only option so it cannot execute this statement]DELETE FROM `sw_options` WHERE `option_name` = '_site_transient_wp_theme_files_patterns-4d7c21f3fe978014dd2a9bf1628a4116'
Błąd bazy danych WordPressa: [The MariaDB server is running with the --read-only option so it cannot execute this statement]DELETE FROM `sw_options` WHERE `option_name` = '_site_transient_timeout_wp_theme_files_patterns-4d7c21f3fe978014dd2a9bf1628a4116'
Błąd bazy danych WordPressa: [The MariaDB server is running with the --read-only option so it cannot execute this statement]INSERT INTO `sw_options` (`option_name`, `option_value`, `autoload`) VALUES ('_site_transient_timeout_wp_theme_files_patterns-4d7c21f3fe978014dd2a9bf1628a4116', '1792191308', 'off') ON DUPLICATE KEY UPDATE `option_name` = VALUES(`option_name`), `option_value` = VALUES(`option_value`), `autoload` = VALUES(`autoload`)
Błąd bazy danych WordPressa: [The MariaDB server is running with the --read-only option so it cannot execute this statement]INSERT INTO `sw_options` (`option_name`, `option_value`, `autoload`) VALUES ('_site_transient_wp_theme_files_patterns-4d7c21f3fe978014dd2a9bf1628a4116', 'a:2:{s:7:\"version\";s:1:\"1\";s:8:\"patterns\";a:0:{}}', 'off') ON DUPLICATE KEY UPDATE `option_name` = VALUES(`option_name`), `option_value` = VALUES(`option_value`), `autoload` = VALUES(`autoload`)
Błąd bazy danych WordPressa: [The MariaDB server is running with the --read-only option so it cannot execute this statement]DELETE FROM `sw_options` WHERE `option_name` = '_transient_sib_push_prepare_d41d8cd98f00b204e9800998ecf8427e'
Błąd bazy danych WordPressa: [The MariaDB server is running with the --read-only option so it cannot execute this statement]DELETE FROM `sw_options` WHERE `option_name` = '_transient_timeout_sib_push_prepare_d41d8cd98f00b204e9800998ecf8427e'
Błąd bazy danych WordPressa: [The MariaDB server is running with the --read-only option so it cannot execute this statement]INSERT INTO `sw_options` (`option_name`, `option_value`, `autoload`) VALUES ('_transient_timeout_sib_push_prepare_d41d8cd98f00b204e9800998ecf8427e', '1792275908', 'off') ON DUPLICATE KEY UPDATE `option_name` = VALUES(`option_name`), `option_value` = VALUES(`option_value`), `autoload` = VALUES(`autoload`)
Błąd bazy danych WordPressa: [The MariaDB server is running with the --read-only option so it cannot execute this statement]INSERT INTO `sw_options` (`option_name`, `option_value`, `autoload`) VALUES ('_transient_sib_push_prepare_d41d8cd98f00b204e9800998ecf8427e', 'prepared', 'off') ON DUPLICATE KEY UPDATE `option_name` = VALUES(`option_name`), `option_value` = VALUES(`option_value`), `autoload` = VALUES(`autoload`)
Kiedy rodzic przychodzi do gabinetu i słyszę, że „ Moje dziecko w przedszkolu jest naprawdę grzeczne. Panie mówią, że świetnie sobie radzi a jak tylko wracamy do domu, zaczyna się awantura o wszystko. W szkole cały dzień jest spokojne, a w domu krzyczy, płacze i nie chce niczego.Tam potrafi się zachować, a przy mnie nagle nie potrafi”. Rodzicu czy to brzmi Ci to znajomo? Pamiętaj, że to nie musi oznaczać, że Twoje dziecko jest rozpieszczone, manipuluje albo specjalnie „wyżywa się” na Tobie. Czasami jest wręcz przeciwnie. Dom jest miejscem, w którym dziecko czuje się na tyle bezpiecznie, że wreszcie może odpuścić. Przez cały dzień trzeba było słuchać, czekać, siedzieć, dostosowywać się, dzielić przestrzeń z innymi, kontrolować emocje, reagować na polecenia i przetwarzać mnóstwo bodźców. hałas, ruch, światło, dotyk, zapachy, tłum, zmiany aktywności. Do tego dochodzi cała społeczna robota: „Poczekaj”, „Teraz twoja kolej”, „Nie przerywaj”, „Usiądź”, „Chodź z grupą,. „Nie krzycz”. Jedno dziecko przejdzie przez to bez większego wysiłku a dla innego to ogromna praca. I kiedy wraca do domu, jego bateria może być już na czerwonym polu. Wtedy wystarczy naprawdę niewiele. Kanapka pokrojona nie tak, skarpetka uwiera, brat usiadł za blisko, Mama mówi: „Chodź, umyjemy ręce” I… BUM z aniołka przeradza się w Diabełka tasmańskiego rodem z kreskówki. Łzy. Krzyk. Złość. Rzucanie się na podłogę albo przeciwnie to dziecko nagle dostaje 200% energii: biega, skacze, turla się po kanapie, wspina, zaczepia rodzeństwo i wygląda tak, jakby właśnie wróciło z drzemki, a nie z sześciu godzin przedszkola.
Dziecko przez cały dzień korzysta z ogromnej ilości zasobów: uwagi, hamowania impulsów, elastyczności, komunikacji, radzenia sobie z frustracją i przetwarzania bodźców. Może więc naprawdę świetnie radzić sobie w przedszkolu, a jednocześnie być po nim kompletnie wyczerpane.
W literaturze parentingowej można spotkać określenie after-school restraint collapse opisujące sytuację, gdy dziecko długo utrzymuje kontrolę w środowisku szkolnym, a po powrocie do bezpiecznego miejsca puszcza swoje hamulce. I dlatego zamiast: „Dlaczego on zachowuje się tak tylko przy mnie?” czasami warto pomyśleć: „Co kosztowało go dzisiaj tak dużo energii i czego teraz potrzebuje?” To naprawdę zmienia perspektywę.
Przez cały dzień mózg odbiera mnóstwo informacji : z oczu, uszu, skóry, mięśni, stawów i układu równowagi. Dla jednego dziecka hałas w sali jest tłem. Dla innego każde przesunięcie krzesła jest kolejną informacją, którą musi przetworzyć. Jedno dziecko uwielbia skakanie i wspinanie. Inne po kilku minutach ma już dość. Dlatego dziecko po powrocie może szukać ruchu, docisku, ciszy, bliskości albo wręcz przeciwnie przestrzeni i samotności. Ważne: nie każdy wybuch jestproblemem sensorycznym. Czasami dziecko jest po prostu głodne, albo zmęczone, może miało trudny dzień lub pokłóciło się z kolegą czy na przykład przez sześć godzin było „na wysokich obrotach”. Nie musimy wszystkiego od razu nazywać „problemem z integracją sensoryczną”.
Najpierw obserwujemy dziecko. Potem szukamy rozwiązania.
Rodzicu nie musisz urządzać w domu sali terapeutycznej dla szkraba. Nie potrzebujesz dziesięciu specjalistycznych sprzętów. Czasami naprawdę wystarczy 10-20 minut dobrze dobranej zabawy, zanim przejdziecie do kolacji, kąpieli i całej reszty. Wypróbuj i zobacz, co działa właśnie na Twoje dziecko.
1. Kanapka z poduszek
Dziecko kładzie się między dwoma dużymi poduszkami albo materacami, a Ty robisz delikatną „kanapkę”. Możesz powiedzieć: „Uwaga, robimy wielką kanapkę! Ser już jest, teraz dokładamy naleśnika!” Możecie też mocno przytulić dziecko, jeśli lubi taki rodzaj dotyku. Ważne: dziecko ma móc w każdej chwili powiedzieć „stop”!
2. Przepychanki
Nie trzeba kupować niczego. Stań naprzeciwko dziecka i zróbcie zabawę: „Kto przepchnie mamę do ściany?” , znana zabawa z mojego dzieciństwa SŁUP SOLI. Możecie pchać poduszkę, materac albo siebie nawzajem w bezpieczny sposób. Duże partie mięśni pracują, dziecko dostaje dużo informacji z ciała, a przy okazji… można się po prostu świetnie powygłupiać.
3. Tor przeszkód
Poduszka – przejście pod krzesłem – skok na materac – czołganie – przeniesienie misia – rzut piłką. Nie musi być idealnie. Ma być ruch. Możesz nawet powiedzieć: „Masz 5 minut, żeby pokonać tor super szkraba!” Dziecko dostaje konkretny cel i możliwość wykorzystania całego ciała.
4. Turlanie i rolowanie
Na dywanie albo materacu. Turlamy się jak naleśniki. Można też zawinąć dziecko w koc jak „burrito” lub jeśli dziecko tego chce i może swobodnie się wydostać albo zrobić zabawę: „Turlamy się po skarpetki!” „Turlamy się jak krokodyl!” Czasami zwykłe turlanie daje dziecku dokładnie to, czego potrzebuje jego ciało.
5. Ciężka robota
To mój ulubiony sposób na dzieci, które wracają do domu i wyglądają, jakby były Tygryskami z Kubusia Puchatka. Zamiast mówić i prosić: „Przestań biegać!” spróbuj: „Chodź, potrzebuję twojej pomocy”. Przenoszenie poduszek, pchanie kosza z praniem, noszenie książek, budowanie fortu, przesuwanie lekkiego pudełka, zbieranie zabawek do dużego kosza. Czyli coś, co angażuje większe partie mięśni. Dziecko „pracuje”, ale tak naprawdę dostaje świetną okazję do ruchowego rozładowania napięcia. A przy tym jest zaangażowane w pomoc w domu.
6. Zabawa z wodą
Woda potrafi być świetnym elementem wieczornego wyciszenia, szczególnie jeśli Twoje dziecko ją lubi. Może to być: nalewanie wody do kubeczków, przelewanie, kąpiel z zabawkami, mycie samochodów, zabawa gąbką, laboratorium z miską i kilkoma pojemnikami. Nie musi być długa.
Czasami 10 minut spokojnego przelewania wody robi więcej niż kolejne: „Uspokój się”.
7. Masażyk „pizza”
Dziecko leży na brzuchu, a Ty „robisz pizzę” na plecach. Najpierw: wałkujemy ciasto, potem: sypiemy ser, kładziemy pomidory, wkładamy pizzę do pieca. Możesz delikatnie uciskać dłonią, głaskać albo „rysować” palcem. Ale oczywiście tylko wtedy, kiedy dziecko lubi taki dotyk.
8. Zabawa w zwierzęta
„Pokaż, jak chodzi niedźwiedź”/ „A teraz żaba”/ „A teraz rak”/ „A teraz wąż”/ „A teraz wielki słoń!” /Czołganie, chodzenie na czworakach, skakanie, pełzanie, przysiady. To świetna zabawa i jednocześnie sposób na zaangażowanie całego ciała.
9. „Naleśnik” plus spokojny oddech
Kładziecie się na podłodze.Przykrywacie dziecko kocem.I robicie zabawę: „Naleśnik odpoczywa po wielkim dniu”. Możecie razem dmuchać na wyimaginowaną świeczkę. Wąchać „gorącą czekoladę” i dmuchać, żeby ją ostudzić. Robić bardzo powolne ruchy, zabawa w żółwie. To dobry moment na przejście z intensywnego ruchu do wyciszenia.
10. „Nic nie musimy”I to może być najważniejsza strategia. Czasami dziecko nie potrzebuje kolejnej aktywności.
Potrzebuje zejścia z obrotów. przekąska/woda/koc/kanapa/cisza/przytulenie, oczywiście jeśli chce. Książka/ kilka minut blisko rodzica. Pamiętaj, że ile szkrabów tyle reakcji. I to jest bardzo ważne. Jedno po przedszkolu będzie potrzebowało: ruchu, drugie bliskości, trzecie ciszy, czwarte wody, a piąte po prostu świętego spokoju. Dlatego nie szukaj jednej „najlepszej” aktywności sensorycznej.
Obserwuj reakcję dziecka. Jeżeli po danej zabawie jest spokojniejsze, łatwiej przechodzi do kolejnej czynności i szybciej wraca do równowagi to prawdopodobnie znalazłeś coś, co mu służy. Jeżeli po intensywnym kręceniu jest jeszcze bardziej pobudzone to znak, że akurat tego nie potrzebuje. Nie chodzi o to, żeby dziecko „zmęczyć”. Chodzi o to, żeby pomóc mu wrócić do równowagi. A co z granicami? To, że dziecko jest przeciążone, nie oznacza, że wszystko jest dozwolone. Możesz jednocześnie powiedzieć: „Widzę, że jesteś wściekły. Możesz się złościć. Nie pozwolę ci mnie uderzyć” albo „Widzę, że potrzebujesz dużo ruchu. Możemy skakać na materacu, ale nie po kanapie”. Emocja tak. Krzywdzenie innych kategoryczne nie. Granica może być spokojna i jednocześnie bardzo wyraźna.
I tak na sam koniec, rodzic też ma swoją baterię. Bo czasami dziecko wraca do domu jako wulkan… a rodzic ma już tylko 3% baterii. I to też jest OK. Nie musisz co dzień przez cały wieczór regulować dziecka, organizować zabaw i być chodzącym terapeutą. Czasami najlepszą rzeczą jest „Widzę, że jest ci trudno. Ja też jestem dziś zmęczona. Usiądźmy razem”. Regulacja dziecka nie powinna oznaczać całkowitego wyczerpania rodzica. Zadbajmy o siebie nawzajem.
Dziecko nie żyje w próżni. Każdego dnia docierają do niego informacje z otoczenia i z własnego ciała – dźwięki, zapachy, dotyk, ruch, zmiany pozycji, obrazy, smaki i wiele innych bodźców. Jeśli układ nerwowy ma trudności z ich odbieraniem, organizowaniem i wykorzystywaniem, zwykły dzień może stać się dla dziecka znacznie większym wyzwaniem.
Największa pułapka polega na ocenianiu dziecka wyłącznie przez pryzmat tego, co widać na zewnątrz. Gdy maluch rzuca się na podłogę w przedpokoju, zsuwa się z krzesła przy kolacji albo odmawia umycia włosów, najłatwiej pomyśleć: „robi mi na złość”, „wymusza”, „jest niegrzeczny”.
Tymczasem zachowanie może być informacją o tym, że dziecko ma trudność z poradzeniem sobie z określoną sytuacją. Nie oznacza to oczywiście, że każde trudne zachowanie ma podłoże sensoryczne. Warto jednak zatrzymać się i przyjrzeć temu, co dzieje się przed reakcją dziecka.
To nie zawsze jest „awantura o fryzurę”. Czasami warto zastanowić się, co dokładnie jest dla dziecka trudne.
Dopiero kiedy zaczynamy rozumieć, co może stać za daną reakcją, możemy przestać walczyć wyłącznie z zachowaniem i zacząć szukać rozwiązania.
Częstym błędem po rozpoczęciu terapii jest próba przeniesienia sali ćwiczeń do mieszkania. Rodzice szukają sprzętu, ćwiczeń i gotowych „diet sensorycznych”, a codzienność zaczyna przypominać kolejną godzinę terapii. Tymczasem dom ma pozostać przede wszystkim domem. Rodzic ma być mamą lub tatą, a nie kolejnym terapeutą. Wspieranie dziecka w domu może polegać przede wszystkim na mądrym organizowaniu codzienności i niewielkich zmianach dopasowanych do jego potrzeb.
Przewidywalność może ułatwiać dziecku przechodzenie z jednej aktywności do kolejnej.
W terapii integracji sensorycznej nie istnieje jedna recepta dla wszystkich dzieci. To, co jednemu dziecku pomaga się wyciszyć i zorganizować, innemu może nie przynieść oczekiwanego efektu. Dlatego nie warto bezrefleksyjnie kopiować gotowych zestawów ćwiczeń znalezionych w internecie. Jedno dziecko może intensywnie poszukiwać ruchu – biegać, skakać, kręcić się czy często zmieniać pozycję. Inne może unikać huśtawek, wysokości lub szybkiego ruchu.
Takie różnice są ważnym sygnałem, że potrzeby sensoryczne dzieci mogą być bardzo indywidualne.
Wielu rodziców w pośpiechu wyręcza dzieci: zapina guziki, wiąże buty, nalewa napój, sprząta zabawki. Tymczasem codzienne czynności są naturalną okazją do rozwijania planowania działania, koordynacji, manipulacji i samodzielności. Pozwólmy dziecku spróbować samodzielnie nalać wodę z dzbanka do kubka, rozpiąć zamek w kurtce, założyć buty, posmarować pieczywo czy przygotować prostą rzecz do szkoły. Nie musi zrobić tego idealnie. Woda może się rozlać. Kanapka może wyglądać nieco inaczej niż ta przygotowana przez rodzica. Guzik może zostać zapięty krzywo. Ale właśnie podczas takich prób dziecko zdobywa doświadczenie, uczy się planować działanie, dostosowywać siłę i koordynować ruch.
Samodzielność nie rodzi się z wyręczania. Rodzi się z możliwości podejmowania prób.
Nie zawsze potrzebujemy kolejnych ćwiczeń. Czasami potrzebujemy zmienić sposób wykonania codziennej czynności. Jeżeli dziecko nie chce myć zębów, może samo wybrać szczoteczkę i przygotować ją do użycia. Jeżeli trudno mu rozpocząć odrabianie lekcji, można podzielić zadanie na mniejsze etapy: „Najpierw wyjmujemy zeszyt. Teraz robimy pierwsze zadanie. Potem krótka przerwa”. Jeżeli po powrocie z przedszkola dziecko jest rozdrażnione, zamiast od razu zadawać mu wiele pytań, można dać mu kilka minut spokoju, możliwość przebrania się i odpoczynku. Jeżeli źle znosi tłum, nie zawsze trzeba rezygnować z każdej rodzinnej imprezy. Można wcześniej powiedzieć mu, czego się spodziewać, ustalić miejsce, w którym będzie mogło odpocząć, albo zaplanować krótszy pobyt. A jeśli poranki są pełne napięcia, warto przygotować część rzeczy wieczorem i ograniczyć liczbę komunikatów, które dziecko musi jednocześnie przetworzyć. To właśnie takie małe zmiany mogą sprawić, że codzienna sytuacja stanie się dla dziecka łatwiejsza.
Dobra terapia opiera się na dialogu dwóch stron, z których każda widzi inny fragment rzeczywistości.
Dla terapeuty każda taka informacja może być bardzo cenna. Jeśli rodzic zauważa, że po wprowadzeniu konkretnej zmiany dziecko łatwiej wykonuje daną czynność, warto o tym powiedzieć. Podobnie ważna jest informacja o sytuacjach, które nadal są trudne. Dzięki temu terapeuta może lepiej odnieść terapię do rzeczywistego funkcjonowania dziecka.
Efekty terapii rzadko przypominają spektakularny przełom z dnia na dzień. Zmiany często pojawiają się stopniowo, poprzez drobne przesunięcia w codziennym funkcjonowaniu. Dziecko zamiast wybuchnąć płaczem przy głośnym dźwięku zaczyna zasłaniać uszy albo mówi: „Mamo, jest za głośno”. Samodzielnie zakłada buty bez dwudziestominutowej awantury w przedpokoju. Spokojniej znosi mycie głowy. Potrafi dłużej siedzieć przy stole, ponieważ ma zapewnione stabilne podparcie. Po powrocie z przedszkola potrzebuje kilku minut odpoczynku, a nie całego wieczoru na odzyskanie równowagi. Zaczyna sam mówić, że czegoś nie lubi albo że potrzebuje przerwy. To właśnie takie małe zmiany są ważne, ponieważ pokazują, że dziecko coraz lepiej radzi sobie z codziennymi wymaganiami.
Gabinet terapeutyczny daje dziecku możliwość bezpiecznego podejmowania wyzwań, a terapeucie – możliwość obserwowania jego reakcji i planowania dalszej pracy. Jednak przez pozostałą część tygodnia dziecko żyje w swoim prawdziwym świecie – w domu, przedszkolu, szkole, samochodzie, sklepie, na placu zabaw, podczas posiłków, ubierania i odpoczynku. To właśnie tam wykorzystuje zdobywane doświadczenia.
Dlatego środowisko domowe nie powinno być traktowane jako miejsce, w którym rodzic ma samodzielnie „prowadzić terapię”. Powinno być miejscem, w którym dziecko może bezpiecznie doświadczać, próbować, rozwijać samodzielność i korzystać ze swoich możliwości w realnych sytuacjach. Terapia nie kończy się więc wraz z zamknięciem drzwi gabinetu. Nie dlatego, że rodzic powinien zrobić w domu kolejną godzinę ćwiczeń, ale dlatego, że każdy dzień daje dziecku możliwość wykorzystania tego, nad czym pracuje podczas terapii. Bo ostatecznym celem nie jest to, aby dziecko świetnie radziło sobie wyłącznie w sali terapeutycznej.
Chodzi o to, aby coraz łatwiej mogło funkcjonować w swoim prawdziwym życiu.
To, co dla nas jest czymś naturalnym, przyjemnym doświadczeniem, co sprawia nam radość, co nas relaksuje, dla dziecka nadwrażliwego może być bolesne, zbyt intensywne i może powodować dyskomfort. To wszystko sprawia, że dosyć często zmienia się funkcjonowanie całej rodziny, w której jest dziecko nadmiernie reagujące na bodźce zmysłowe.
Trzeba zmienić plany, z czegoś zrezygnować, wrócić szybciej, unikać określonych miejsc czy aktywności, bo najzwyczajniej w świecie dziecko z nadwrażliwością sensoryczną nie jest w stanie uczestniczyć w wielu z nich. Dochodzi do tego, że rodzina rezygnuje z wielu naturalnych sytuacji jak chociażby podróż komunikacją miejską czy gotowanie ulubionych dań, bo przecież dziecko i tak ich nie zje.
Koncert w filharmonii, spektakl w teatrze, wyjście do restauracji, wycieczka na plażę czy zakupy w centrum handlowym, tak ze wszystkiego można zrezygnować, tylko co, jeżeli w domu jest więcej dzieci i one jednak chciałyby tam być? Czy nie wpływa to również na ich formę spędzania czasu wolnego?
Kiedy dziecko nadwrażliwe silnie reaguje na bodźce, rodzice bardzo często dostosowują funkcjowanie całej rodziny do jego potrzeb. W ten sposób rodzina staje się częścią systemu regulacji sensorycznej dziecka. Reorganizowane jest codzienne życie, zmieniane są plany, modyfikowane są codzienne rytuały czy ograniczane sytuacje, które potencjalnie mogą spowodować dyskomfort dziecka. Tego typu dostosowanie nazywamy akomodacją rodzinną.
A im wyższa nadwrażliwość sensoryczna, tym więcej zmian w funkcjonowaniu rodziny.
Pojawia się pytanie, czy takie dostosowanie to coś złego?
Na to pytanie nie da się odpowiedzieć jednoznacznie. Z jednej strony dbanie o komfort dziecka czy niedoprowadzanie do jego przeciążenia sensorycznego wydaje się słuszne. W ten sposób unikamy przestymulowania i cierpienia dziecka, ale też jego ewentualnych wybuchów, co wszystkim pozwala przetrwać trudne sytuacje. Z drugiej strony, jeżeli rodzic wyłącznie dostosowuje otoczenie do dziecka, ale nie daje nic w zamian. Nie stosuje diety sensorycznej czy przede wszystkim nie szuka przyczyny tak specyficznych potrzeb dziecka np. wykonując diagnozę; długoterminowo może utrwalać zachowania unikające, może ograniczać rozwój samoregulacji dziecka i zmniejszać liczbę okazji do stopniowego oswajania bodźców. W ten sposób prowadzi do coraz większej zależności od dostosowanego środowiska.
Zmiana funkcjonowania rodziny wydaje się zrozumiała i jest to właściwie naturalna adaptacyjna reakcja opiekuna, jednak w przypadku długotrwałego i nasilonego charakteru może ograniczać możliwość stopniowego rozwijania tolerancji na bodźce czy strategii samodzielnego radzenia sobie z nimi. W tej sytuacji słuszna wydaje się ocena nie tylko profilu sensorycznego dziecka, ale również sposobu funkcjonowania całej rodziny, jak również analiza zakresu codziennych dostosowań. Może się bowiem zdarzyć, że nadmierne dostosowania i modyfikacje blokują rozwój, możliwości dziecka, a może wpływają negatywnie na postępy terapii…
Bibliografia:
Ben-Sasson A, Podoly TY, Lebowitz E. Family Accommodation Scale for Sensory Over-Responsivity: A Measure Development Study. Front Psychol. 2022
]]>Rozwój psychoseksualny jest jednym z naturalnych obszarów rozwoju człowieka, choć wciąż bywa tematem, o którym dorosłym trudno rozmawiać swobodnie. Często pojawia się wstyd, niepewność albo obawa, że zainteresowanie dziecka własnym ciałem może oznaczać coś niepokojącego. Z perspektywy psychologii rozwojowej warto jednak spojrzeć na ten proces szerzej. Psychoseksualność dziecka nie jest przecież odpowiednikiem seksualności osoby dorosłej. Wiąże się przede wszystkim z poznawaniem własnego ciała, budowaniem poczucia siebie, rozwijaniem emocji, potrzebą bliskości, tworzeniem relacji oraz stopniowym uczeniem się zasad dotyczących prywatności i granic.
Od pierwszych chwil życia dziecko poznaje siebie i świat, który je otacza. Uczy się własnego ciała poprzez dotyk, ruch, obserwację i codzienne doświadczenia. Z czasem zaczyna dostrzegać, że ludzie różnią się między sobą. Pojawiają się pytania o ciało, płeć, relacje czy narodziny. Sama obecność takich pytań zazwyczaj nie jest powodem do niepokoju. Ważniejsze jest to, w jakim wieku dziecko je zadaje, jak je formułuje, jakie emocje temu towarzyszą oraz w jakiej sytuacji pojawia się dane zachowanie.
W psychologii rozwojowej szczególnie istotna jest zasada, że dziecka nie można oceniać według kryteriów właściwych dla osoby dorosłej. To samo zachowanie może mieć zupełnie inne znaczenie u kilkuletniego dziecka, a inne u nastolatka. Dlatego każdą sytuację warto rozpatrywać w szerszym kontekście. Znaczenie mają nie tylko konkretne zachowania, ale również relacje z opiekunami, sposób przeżywania emocji, poziom rozwoju poznawczego, reakcje na stres oraz środowisko rodzinne i społeczne.
Rozwój psychoseksualny trudno sprowadzić do jednego obszaru. Jest procesem, w którym spotykają się czynniki biologiczne, psychiczne i społeczne. Obejmuje rozwój ciała i późniejsze dojrzewanie płciowe, ale także kształtowanie obrazu siebie, emocji, poczucia własnej wartości oraz sposobu nawiązywania relacji z innymi.
Duże znaczenie ma tutaj środowisko, w którym dziecko dorasta. Dzieci obserwują dorosłych, słuchają ich wypowiedzi, przyglądają się relacjom rodzinnym i uczą się poprzez własne doświadczenia. Równie ważni stają się z czasem rówieśnicy, szkoła, media oraz kultura. Wszystkie te elementy wpływają na to, jak dziecko zaczyna rozumieć siebie, własne ciało i relacje z innymi ludźmi.
Nie bez znaczenia pozostaje poczucie bezpieczeństwa. Dziecko, które doświadcza przewidywalnej i uważnej opieki, ma większą szansę nauczyć się, że jego potrzeby są ważne, a inni ludzie mogą być źródłem wsparcia. W relacji z opiekunem poznaje również podstawowe doświadczenia związane z bliskością, kontaktem fizycznym i respektowaniem granic.
Trzeba przy tym pamiętać, że dzieci rozwijają się w różnym tempie. Jedno dziecko może wcześniej interesować się zmianami zachodzącymi w ciele, inne przez długi czas nie będzie zwracało na nie większej uwagi. Różnić może się również sposób zadawania pytań czy reagowania na informacje. Z tego powodu pojedynczego zachowania nie powinno się automatycznie traktować jako oznaki problemu. Znaczenie mają jego częstotliwość, intensywność, okoliczności oraz wpływ na codzienne funkcjonowanie dziecka.
W pierwszych latach życia szczególnie ważna jest relacja dziecka z opiekunem. Niemowlę nie rozumie jeszcze społecznych znaczeń związanych z płcią czy intymnością, ale bardzo intensywnie doświadcza własnego ciała i kontaktu z drugim człowiekiem. Karmienie, kąpiel, przewijanie, przytulanie czy noszenie są dla niego nie tylko czynnościami związanymi z opieką. Są również doświadczeniami emocjonalnymi.
Dziecko stopniowo uczy się, że jego płacz, ruchy i inne sygnały są zauważane. Kiedy dorosły odpowiada na potrzeby dziecka w sposób przewidywalny i adekwatny, rozwija się podstawowe poczucie bezpieczeństwa. Z czasem doświadczenia te stają się ważnym elementem sposobu, w jaki człowiek buduje relacje i reaguje na bliskość.
Wraz z rozwojem ruchowym dziecko zaczyna coraz bardziej świadomie poznawać swoje ciało. Przygląda się dłoniom, stopom, twarzy, dotyka różnych jego części i sprawdza, co potrafi zrobić. Nie jest to zachowanie, które samo w sobie powinno budzić niepokój. Dla małego dziecka ciało jest po prostu częścią otaczającego świata, który trzeba poznać.
Z czasem zaczyna ono dostrzegać także różnice między ludźmi. Zauważa, że inni mogą wyglądać inaczej, mieć inne cechy fizyczne czy różnić się pod względem płci. W jaki sposób dorosły reaguje na tę ciekawość, ma duże znaczenie. Spokojne i rzeczowe podejście pomaga dziecku zrozumieć, że ciało nie jest czymś, czego trzeba się wstydzić.
Jednocześnie już na tym etapie można wprowadzać pierwsze zasady związane z prywatnością. Nie chodzi o tworzenie atmosfery zakazów ani o wzbudzanie poczucia winy. Dziecko może stopniowo dowiadywać się, że niektóre czynności wykonuje się w bardziej prywatnych miejscach, a każdy człowiek ma prawo do własnej przestrzeni.
Wiek przedszkolny to okres ogromnej ciekawości. Rozwija się język, wyobraźnia i zdolność rozumienia coraz bardziej złożonych zależności. Dziecko pyta o niemal wszystko, co zwraca jego uwagę. Nie powinno więc dziwić, że wśród tych pytań pojawiają się także kwestie związane z ciałem, różnicami między dziewczynkami i chłopcami czy tym, skąd biorą się dzieci.
Dla dziecka pytanie jest przede wszystkim sposobem zdobywania wiedzy. Próbuje ono uporządkować informacje, które już posiada, i stworzyć sobie obraz świata. Dlatego pytania dotyczące ciała nie powinny być automatycznie interpretowane z perspektywy dorosłego. Dziecko nie nadaje im takiego samego znaczenia jak osoba dorosła.
W tym okresie często pojawia się również zabawa w odgrywanie różnych ról. Dzieci bawią się w dom, rodzinę, lekarza czy szkołę. W ten sposób odtwarzają sytuacje, które znają z codziennego życia, i próbują je zrozumieć. Sama zabawa związana z ciałem czy rolami społecznymi nie świadczy jeszcze o problemie. Warto natomiast zwrócić uwagę na sposób jej przebiegu. Niepokój może budzić sytuacja, w której pojawia się przymus, strach, przemoc, krzywda albo wyraźna przewaga jednego dziecka nad drugim.
Reakcja dorosłego w takich sytuacjach ma duże znaczenie. Zawstydzanie, krzyk czy karanie mogą sprawić, że dziecko zacznie postrzegać własne ciało jako coś złego. Może również nauczyć się, że pewnych tematów nie wolno poruszać z dorosłymi. Znacznie bardziej pomocne jest spokojne wyjaśnienie zasad i pokazanie, gdzie przebiegają granice.
Wraz z rozpoczęciem szkoły świat społeczny dziecka staje się coraz bardziej rozbudowany. Dziecko lepiej rozumie reguły, zaczyna zauważać różnice między ludźmi i coraz częściej porównuje siebie z innymi. Rówieśnicy stają się ważnym punktem odniesienia.
Jest to również okres, w którym kształtuje się bardziej świadomy obraz siebie. Wygląd, sprawność fizyczna, sposób ubierania się czy cechy ciała mogą stać się przedmiotem porównań. Komentarz rówieśnika, który dla dorosłego wydawałby się błahy, dla dziecka może być bardzo bolesny. Wyśmiewanie, przezywanie czy komentowanie wyglądu mogą stopniowo wpływać na samoocenę.
Dlatego warto rozmawiać z dzieckiem o różnorodności ludzkiego wyglądu. Ludzie rozwijają się w różnym tempie, mają różne sylwetki, cechy twarzy i predyspozycje. Nie ma jednego właściwego sposobu wyglądania. Taka perspektywa może pomóc dziecku budować bardziej realistyczny stosunek do siebie.
W wieku szkolnym pojawiają się również pytania dotyczące dojrzewania, relacji, uczuć czy zmian zachodzących w organizmie. Najlepszą zasadą jest odpowiadanie zgodnie z prawdą, ale z uwzględnieniem wieku i możliwości poznawczych dziecka. Nie ma potrzeby przekazywania informacji, o które dziecko nie pyta. Można natomiast potraktować jego pytanie jako punkt wyjścia do dalszej rozmowy.
Ważne jest także przygotowanie dziecka na zmiany związane z dojrzewaniem. Wiedza o tym, co może się wydarzyć, zmniejsza poczucie zaskoczenia i niepewności. Dziecko, które wie, że określone zmiany są częścią rozwoju, może łatwiej je zaakceptować.
Dojrzewanie przynosi wiele zmian, które zachodzą jednocześnie na poziomie biologicznym, emocjonalnym i społecznym. Ciało zaczyna szybko się zmieniać, a młody człowiek musi na nowo odnaleźć się w swoim wyglądzie i sposobie funkcjonowania.
Nie zawsze jest to łatwy proces. Nastolatek może jednocześnie cieszyć się nową niezależnością i czuć się zagubiony. Z jednej strony chce być traktowany jak osoba dorosła, z drugiej nadal potrzebuje wsparcia i poczucia bezpieczeństwa.
Psychologicznie dojrzewanie jest również okresem intensywnego kształtowania tożsamości. Młody człowiek zaczyna zadawać sobie pytania o to, kim jest, jakie ma wartości, czego chce i jakie miejsce zajmuje wśród innych ludzi. Istotne stają się przyjaźnie, pierwsze zauroczenia, potrzeba akceptacji oraz relacje z rówieśnikami.
Problemem może być porównywanie własnego rozwoju z rozwojem innych. Jedni nastolatkowie dojrzewają wcześniej, inni później. Różnice te są naturalne, ale nie zawsze są tak odbierane przez młodego człowieka. Dlatego potrzebuje on rzetelnej informacji i dorosłych, którzy potrafią rozmawiać o zmianach bez żartów, zawstydzania czy bagatelizowania jego obaw.
Stosunek do własnego ciała nie pojawia się nagle w okresie dojrzewania. Kształtuje się przez wiele lat, między innymi pod wpływem tego, jak o ciele mówią i zachowują się osoby z najbliższego otoczenia.
Dziecko obserwuje reakcje rodziców, słyszy komentarze dotyczące wyglądu, a z czasem zaczyna również porównywać się z rówieśnikami. Wszystko to może wpływać na sposób, w jaki postrzega siebie. Czasami nawet pozornie niewinne uwagi dotyczące wagi, wyglądu czy jedzenia zostają zapamiętane i wpływają na późniejszą samoocenę.
Budowanie pozytywnego obrazu ciała nie oznacza, że dziecko musi zawsze uważać swój wygląd za idealny. Chodzi raczej o nauczenie go bardziej życzliwego i realistycznego podejścia do siebie. Warto mówić o zdrowiu, sprawności, odpoczynku i różnorodności ludzkich ciał, a nie sprowadzać wartości człowieka do jego atrakcyjności.
Współcześnie dodatkowym wyzwaniem są media społecznościowe. Dzieci i nastolatki mają stały kontakt ze zdjęciami osób, których wygląd często jest efektem odpowiedniego oświetlenia, makijażu, filtrów, selekcji zdjęć czy cyfrowej obróbki. Porównywanie się z takim obrazem rzeczywistości może prowadzić do przekonania, że własne ciało jest niewystarczające.
Dlatego równie ważna jak kontrola dostępu do treści jest rozmowa o tym, w jaki sposób te treści powstają i dlaczego nie pokazują całej prawdy o życiu innych ludzi.
Jednym z ważniejszych elementów rozwoju psychoseksualnego jest uczenie się granic. Dziecko powinno stopniowo rozumieć, że ma prawo do własnej przestrzeni i że może nie chcieć określonego kontaktu fizycznego.
Równie ważne jest jednak nauczenie go drugiej strony tej zasady – granice mają także inni ludzie. Ktoś może nie mieć ochoty na przytulenie, pocałunek czy dotyk. Szacunek dla takiej decyzji jest elementem empatii i dojrzałości społecznej.
Rozmowy o granicach nie muszą być poważnymi wykładami. Można wprowadzać je w codziennych sytuacjach. Kiedy dziecko nie chce być przytulone, warto uszanować jego decyzję. Kiedy z kolei samo narusza przestrzeń innej osoby, można spokojnie wyjaśnić, dlaczego druga osoba ma prawo powiedzieć „nie”.
Ważnym elementem jest również prywatność. Dziecko powinno wiedzieć, które sytuacje są prywatne, a jednocześnie rozumieć, że istnieją momenty, w których dorosły może być potrzebny ze względu na higienę, zdrowie lub bezpieczeństwo.
Powinno także wiedzieć, że jeśli coś je przestraszy, zaniepokoi lub sprawi, że poczuje się źle, może o tym powiedzieć zaufanej osobie dorosłej. Sama świadomość, że można poprosić o pomoc, jest ważnym elementem bezpieczeństwa.
Rodzina jest miejscem, w którym dziecko po raz pierwszy obserwuje, jak ludzie odnoszą się do siebie. To tutaj poznaje sposoby wyrażania uczuć, rozwiązywania konfliktów, okazywania bliskości i respektowania granic.
Ogromne znaczenie ma atmosfera panująca w domu. Jeżeli pytania dziecka są wyśmiewane, ignorowane albo spotykają się z ostrą reakcją, może ono zacząć unikać rozmów na temat ciała i emocji. W konsekwencji, gdy pojawi się trudna sytuacja, może nie wiedzieć, do kogo się zwrócić.
Zupełnie inaczej działa spokojna reakcja dorosłego. Nie oznacza ona, że rodzic musi mieć odpowiedź na każde pytanie. Można przecież powiedzieć: „Nie wiem, sprawdźmy to razem”. Dla dziecka ważna jest nie tylko sama informacja, ale także doświadczenie, że dorosły nie odrzuca jego ciekawości.
Rodzice przekazują również wiele informacji bez używania słów. Dziecko obserwuje sposób, w jaki dorośli odnoszą się do własnego ciała, jak mówią o innych osobach, jak rozwiązują konflikty i jak reagują na odmowę. Codzienne zachowania stają się więc ważnym modelem, z którego dziecko uczy się funkcjonowania w relacjach.
Szkoła jest kolejnym ważnym miejscem rozwoju społecznego. To właśnie tam dziecko codziennie doświadcza relacji z grupą rówieśniczą, uczy się współpracy, radzenia sobie z różnicami i rozwiązywania konfliktów.
Istotne jest, aby szkoła była miejscem, w którym dziecko może czuć się bezpiecznie. Wyśmiewanie, przemoc, poniżanie czy komentowanie wyglądu nie powinny być traktowane jako „zwykłe dziecięce zachowania”. Dla osoby, która ich doświadcza, mogą mieć realne konsekwencje emocjonalne.
Rówieśnicy z czasem stają się coraz ważniejsi. Potrzeba przynależności do grupy jest szczególnie silna w okresie dorastania. Czasami może prowadzić do podporządkowania się presji innych, nawet wtedy, gdy zachowanie jest sprzeczne z własnymi przekonaniami.
Dlatego ważne jest rozwijanie umiejętności mówienia własnego zdania, odmawiania, rozpoznawania presji oraz szukania pomocy. Są to kompetencje, które przydają się nie tylko w kontekście rozwoju psychoseksualnego, ale również w wielu innych obszarach życia.
Nie można pominąć internetu. Dla współczesnych dzieci jest on naturalną częścią codzienności. Może być źródłem wiedzy i kontaktu z innymi, ale jednocześnie stwarza możliwość zetknięcia się z treściami nieodpowiednimi dla wieku albo przedstawiającymi relacje i ciało w sposób oderwany od rzeczywistości.
Samo ograniczanie dostępu do internetu nie zawsze wystarcza. Równie potrzebna jest rozmowa o tym, co dziecko widzi, oraz rozwijanie umiejętności krytycznej oceny informacji. Dziecko powinno wiedzieć, że nie każda treść dostępna w sieci jest prawdziwa, wartościowa czy przeznaczona dla niego.
Ciekawość własnego ciała i pytania związane z rozwojem są zazwyczaj naturalną częścią dzieciństwa. Zdarzają się jednak sytuacje, w których warto skonsultować się ze specjalistą. Szczególnej uwagi wymagają zachowania bardzo nasilone, powtarzające się w sposób trudny do przerwania, powodujące cierpienie albo wyraźnie zakłócające codzienne funkcjonowanie dziecka.
Niepokój powinny wzbudzić również sytuacje, w których pojawia się przymus, ból, przemoc lub wyraźny lęk. Ważnym sygnałem może być także nagła i wyraźna zmiana zachowania. Jeżeli dziecko mówi o doświadczeniu, które może wskazywać na krzywdzenie, jego słów nie należy lekceważyć ani próbować samodzielnie wyjaśniać za wszelką cenę.
W takiej sytuacji najważniejsza jest spokojna reakcja dorosłego i zapewnienie dziecku bezpieczeństwa. W zależności od okoliczności potrzebna może być konsultacja psychologiczna, pedagogiczna, lekarska lub pomoc odpowiednich instytucji.
Jednocześnie trzeba uważać na drugą skrajność. Nie każde nietypowe zachowanie oznacza zaburzenie ani doświadczenie przemocy. Jedna sytuacja rzadko daje podstawę do jednoznacznych wniosków. Ocena powinna uwzględniać wiek dziecka, jego rozwój, częstotliwość zachowania, emocje oraz szerszy kontekst życia.
To, w jaki sposób dorosły rozmawia z dzieckiem, może mieć znaczenie równie duże jak sama przekazywana informacja. Jeżeli rozmowie towarzyszy zawstydzanie, strach lub moralizowanie, dziecko może nauczyć się, że temat własnego ciała jest czymś zakazanym.
To szczególnie ważne w sytuacjach, w których dziecko potrzebuje pomocy. Jeżeli wcześniej nauczyło się, że dorosły reaguje złością albo śmiechem, może mieć trudność z powiedzeniem o czymś, co je naprawdę niepokoi.
Dlatego warto używać języka prostego, spokojnego i dostosowanego do wieku. Nie trzeba unikać prawdziwych nazw części ciała ani zastępować ich określeniami, które mogą być dla dziecka niezrozumiałe. Jednocześnie nie ma potrzeby przekazywania informacji ponad jego możliwości poznawcze.
Dobrą zasadą jest najpierw sprawdzenie, co dziecko właściwie chce wiedzieć. Czasami pytanie, które dorosłemu wydaje się bardzo poważne, wynika z prostej ciekawości. Zamiast od razu udzielać rozbudowanej odpowiedzi, można zapytać: „A co ty o tym wiesz?” albo „Co dokładnie chciałbyś wiedzieć?”.
Rozmowy o psychoseksualności warto też łączyć z edukacją emocjonalną. Dziecko potrzebuje słów, dzięki którym może opisać własne doświadczenia. Umiejętność powiedzenia „nie chcę”, „boję się”, „to mi się nie podoba” czy „potrzebuję pomocy” jest bardzo ważna z punktu widzenia bezpieczeństwa.
Rozwój psychoseksualny dziecka nie jest pojedynczym etapem ani odrębną dziedziną rozwoju. Towarzyszy człowiekowi od pierwszych lat życia i łączy się z rozwojem ciała, emocji, poznania, samooceny oraz relacji z innymi. To właśnie dlatego nie powinien być rozpatrywany wyłącznie przez pryzmat zachowań związanych z ciałem.
Szczególne znaczenie mają relacje z opiekunami i doświadczenie bezpieczeństwa. Dziecko potrzebuje dorosłych, którzy potrafią odpowiadać na pytania bez zawstydzania, szanować jego granice i jednocześnie uczyć je respektowania granic innych osób.
Ważne jest również pamiętanie o różnicach indywidualnych. Dzieci nie rozwijają się według jednego harmonogramu. Jedne wcześniej zaczynają interesować się określonymi tematami, inne potrzebują więcej czasu. Sam fakt, że dziecko pyta o ciało albo zauważa różnice między ludźmi, nie oznacza jeszcze problemu.
Największym wyzwaniem dla dorosłych jest znalezienie równowagi. Z jednej strony nie warto ignorować tematów związanych z ciałem, emocjami i granicami. Z drugiej – nie należy nadawać każdemu zachowaniu znaczenia, którego ono nie ma. Potrzebne są przede wszystkim uważność, wiedza i spokojna obserwacja.
Dziecko powinno mieć możliwość zadawania pytań i otrzymywania odpowiedzi dopasowanych do swojego wieku. Powinno również wiedzieć, że jego ciało należy do niego, że ma prawo do własnych granic oraz że może zwrócić się po pomoc, kiedy coś budzi jego lęk lub dyskomfort.
Wspieranie rozwoju psychoseksualnego jest więc w dużej mierze częścią szerszej troski o zdrowie psychiczne i relacje dziecka. Nie chodzi o to, aby dorosły miał gotową odpowiedź na każde pytanie. Znacznie ważniejsze jest stworzenie takiej relacji, w której dziecko wie, że może pytać, mówić o swoich emocjach i szukać pomocy.
Dojrzałe podejście do tego obszaru nie wymaga ani nadmiernego lęku, ani udawania, że problem nie istnieje. Potrzebne są raczej otwartość, adekwatne granice i gotowość do rozmowy. To właśnie dzięki takim doświadczeniom dziecko stopniowo uczy się rozumieć siebie, szanować innych i budować relacje oparte na bezpieczeństwie oraz wzajemnym szacunku.
Bibliografia:
Są takie poranki, kiedy wszystko dzieje się naraz. Jedno dziecko nie może znaleźć skarpetki, drugie właśnie odkryło, że ta bluzka „gryzie”, a rodzic patrzy na zegarek i zastanawia się, czy da się teleportować do przedszkola.
I właśnie w takich momentach łatwo pomyśleć: „Muszę go jakoś ominąć przez tę trudność, żebyśmy tylko wyszli z domu”. Tyle że nie zawsze o to chodzi. Jeśli szkrab ma trudność z ubraniem, hałasem, myciem zębów, przejściem od zabawy do wyjścia czy porannym rozruchem, warto nie udawać, że tej trudności nie ma. Lepiej pomóc dziecku przejść przez nią w sposób, który jego układ nerwowy jest w stanie udźwignąć.
To właśnie jest dla mnie najważniejsza zmiana w myśleniu o sensorycznym wspieraniu dziecka: nie chodzi o „zrobić kilka ćwiczeń i problem zniknie”. Chodzi o połączenie dziecka, zadania i środowiska.
Czasem zmieniamy sposób wykonania czynności, czasem przygotowujemy ciało do zadania, czasem zmniejszamy jeden konkretny bodziec, a czasem dajemy dziecku trochę więcej czasu i wyboru.
Poniżej znajdziesz więc nie tylko „co zrobić”, ale też po co, przy jakiej trudności może to pomóc i z czego można zrobić daną zabawę w zwykłym domu.
Dobrze jest mieć stałą kolejność: pobudka – toaleta – ubranie – śniadanie – zęby – plecak – buty – wyjście.
Ale stała rutyna nie oznacza, że każdy szkrab ma zrobić wszystko dokładnie tak samo. Jeśli wiemy, że jakaś część poranka jest trudna, możemy przygotować dziecko właśnie do niej.
Domowe rzeczy: poduszki, koc, krzesło, pluszaki.
Zrób z nich mini trasę: przejdź po poduszkach, przeczołgaj się pod kocem zawieszonym między krzesłami, przenieś pluszaka do „bazy”. To mogą być 2–3 minuty, nie pół godziny.
Dlaczego? Dziecko dostaje okazję do ruchu i pracy całego ciała przed czynnością, która wymaga więcej organizacji. Nie chodzi o zmęczenie. Chodzi o przygotowanie do działania.
Tu nie mówimy: „Musisz się przyzwyczaić”. Najpierw sprawdzamy, co konkretnie jest problemem.
Metka? Wytnijmy ją. Skarpetka? Spróbujmy innego modelu. Szorstki materiał? Wybierzmy miększy.
A potem zróbmy z ubierania zabawę: dziecko losuje z dwóch zaakceptowanych zestawów „strój na dziś”.
Domowy gadżet: pudełko lub koszyk z 2–3 ubraniami, które dziecko toleruje. Dzięki temu wybór jest prawdziwy, ale nadal ograniczony.
Jeśli dziecko nie toleruje szczotkowania, nie zaczynamy od siłowego „musimy”. Można rozbić zadanie na małe kroki: najpierw dziecko samo dotyka szczoteczką warg, potem policzka, a następnie jednego zęba.
Możecie użyć minutnika kuchennego albo piosenki jako przewidywalnego końca.
Domowy gadżet: kubek jako „stacja płukania”, mała kartka z narysowanymi czterema etapami: pasta – góra – dół – płukanie.
Jeśli trudność jest duża i utrzymująca się, warto skonsultować higienę jamy ustnej i sposób szczotkowania ze specjalistą.
Zamiast dodatkowego ćwiczenia wciśniętego w plan dnia wykorzystajmy to, co i tak trzeba zrobić.
Dziecko dostarcza serwetki, łyżki, kubki albo swoją butelkę do stołu. Potem zanosi pusty kubek do zlewu.
Domowe rzeczy: wszystko, co jest lekkie i bezpieczne.
To przykład aktywności celowej – ruch jest częścią prawdziwej czynności, a nie obowiązkową „sensoryczną rundą”. Takie podejście dobrze pasuje do współczesnych zaleceń terapii zajęciowej.
Na czerwonej kartce napisz albo narysuj: „STOP – kończymy”. Na żółtej: „JESZCZE 2 MINUTY”. Na zielonej: „START – ubieramy się”.
Możesz użyć zwykłych kartek z bloku.
Dziecko dostaje sygnał wcześniej, zamiast nagłego: „Koniec zabawy, wychodzimy!”. To szczególnie pomocne wtedy, gdy samo przełączanie uwagi jest dla niego trudne.
Przygotuj cztery małe koperty albo karteczki. Na każdej narysuj jedno zadanie: ubierz bluzkę – zjedz śniadanie – umyj zęby – załóż buty.
Dziecko otwiera tylko jedną „wiadomość” naraz.
Domowe rzeczy: stare koperty, kartki, naklejki, mazaki. Jeśli dziecko nie czyta, wystarczą obrazki.
To zewnętrzna pomoc dla dziecka, któremu trudno utrzymać w głowie całą sekwencję.
Przed wyjściem daj dziecku jedno zadanie: znaleźć w domu trzy rzeczy w określonym kolorze, sprawdzić, czy plecak ma bidon, albo odnaleźć „tajną kartkę” przy drzwiach.
Domowe rzeczy: karteczki samoprzylepne, kredki, spinacze.
Zadanie ma być krótkie i zakończone sukcesem.
Rozłóż 4–5 poduszek albo ręczników jako „kamienie”. Dziecko przechodzi po nich do łazienki.
Jeśli ruch dodatkowo je pobudza, zamiast skakania zróbcie wersję „żółw”: wolne, ciężkie kroki.
To ważne: ta sama zabawa może mieć różne tempo. Nie każda aktywność ruchowa ma być szybka.
Nie próbujmy „przełamać” jej hałasem. Wyłącz telewizor w tle, nie prowadź kilku rozmów jednocześnie, uprzedź dziecko o suszarce albo blenderze.
Jeśli używa ochronników słuchu, traktuj je jako narzędzie wspierające, a nie sposób na odcięcie dziecka od całego świata.
Szukaj konkretnego wyzwalacza. Metka, materiał, mokre ręce, mycie twarzy, czesanie?
Im dokładniej nazwiesz problem, tym łatwiej coś zmienić. Nie chodzi o omijanie całej czynności, tylko o takie jej przygotowanie, żeby dziecko mogło stopniowo w niej uczestniczyć.
Włącz ruch w codzienne obowiązki: przenieś, popchnij, zanieś, przejdź, schyl się.
Jeśli po szybkich skokach dziecko robi się jeszcze bardziej pobudzone, zwolnij tempo.
Zamiast powtarzać dziesięć razy „ubierz się”, rozbij zadanie na jeden krok. „Najpierw skarpetki”. Potem: „Teraz spodnie”.
Możesz użyć obrazków, karteczek albo przedmiotów jako podpowiedzi.
Walizka misji: mały plecak lub torba. Dziecko pakuje do niej trzy rzeczy potrzebne na wyjście. Potem samo niesie swoją „misję”.
Taśmowa ścieżka: kawałki papierowej taśmy malarskiej na podłodze tworzą linię do drzwi. Idziemy po niej jak po moście.
Klucz do wyjścia: kartonik z narysowanymi symbolami: buty, kurtka, plecak. Dziecko sprawdza po kolei, czy „odblokowało” każdy punkt.
Przedmiot ratunkowy: mała chusteczka, gniotek z balonika i mąki lub ulubiony mały przedmiot może być elementem przejścia – jeśli dziecko faktycznie korzysta z niego do regulacji.
Drzwi jako meta: po wykonaniu ostatniego kroku dziecko samo naciska klamkę albo otwiera drzwi, jeśli jest to bezpieczne. Zakończenie rutyny staje się przewidywalne.
Po przedszkolu dziecko może być zmęczone, pobudzone, ciche albo bardzo potrzebować ruchu. Najpierw sprawdźmy, czego potrzebuje.
Czasem najlepszym wsparciem będzie spacer bez pytań. Czasem niesienie plecaka. Czasem pięć minut na kanapie.
Spacer bez rozmowy: „Nie musisz teraz opowiadać. Jestem obok”.
Domowa dostawa: dziecko zanosi plecak, butelkę i kurtkę na miejsce.
Tor z kartonów: pudełko po paczce jako tunel, poduszki jako wyspy, taśma jako linia.
Praca z rękami: ugniatanie ciasta, przesypywanie suchego ryżu do pojemników lub pomoc w prostym gotowaniu – jeśli dziecko lubi takie faktury i jest to bezpieczne.
Baza odpoczynku: koc, poduszka, książka, woda. Bez obowiązku „korzystania z kącika”.
Wieczorem zwykle sprawdza się przewidywalność: kolacja – spokojna zabawa – higiena – piżama – zęby – książka – sen.
Jeśli konkretne dziecko ma trudność z którymś elementem, pracujemy właśnie nad nim, zamiast dorzucać kolejne atrakcje.
Latarka opowiada bajkę: przy przygaszonym świetle rodzic robi na ścianie cienie dłoni i opowiada krótką historię.
Ścieżka piżamowa: ubrania ułożone w kolejności na łóżku – dziecko wie, co zakłada po kolei.
Polowanie na trzy spokojne rzeczy: przed snem znajdujemy trzy rzeczy, które są miękkie, ciche albo przyjemne w dotyku.
Butelka „śnieżna”: zamknięta butelka z wodą i brokatem może być spokojnym elementem obserwacji, jeśli dziecko lubi wizualne bodźce. Nie zostawiamy jej do zabawy bez nadzoru u małych dzieci.
Mapa dnia: trzy rzeczy z dzisiaj i jedna rzecz na jutro. Krótko, bez przesłuchiwania.
To chyba najważniejsza rzecz, którą warto wynieść z całego tematu.
Jeśli dziecko ma trudność z ubraniem, to wspieramy ubieranie. Jeśli trudno mu wyjść z domu, to wspieramy przejście do wyjścia. Jeśli po przedszkolu jest przeciążone, to pomagamy przejść do odpoczynku.
Nie musimy tworzyć osobnego „sensorycznego świata” obok codzienności.
Zamiast: „Musimy zrobić ćwiczenia sensoryczne przed ubraniem”, możemy pomyśleć: „Co pomoże temu konkretnemu szkrabowi łatwiej założyć ubranie?”.
Czasem będzie to ruch. Czasem obrazek. Czasem wybór między dwiema bluzkami. Czasem cichsza łazienka. A czasem po prostu dorosły, który nie mówi piąty raz „szybciej”, tylko spokojnie pomaga zrobić następny krok.
I właśnie takie małe zmiany często są najbardziej użyteczne, bo dzieją się tam, gdzie dziecko naprawdę żyje: przy łazience, przy szafie, przy drzwiach, w kuchni i po powrocie z przedszkola.
]]>Późniejsze śniadania, spontaniczne wyjścia, zasypianie wtedy, kiedy wszyscy są już naprawdę zmęczeni, dużo ruchu, dużo słońca, wyjazdy, goście, lody zamiast obiadu i pytanie: „A jaki dziś jest dzień?”. A potem nagle pojawia się wrzesień. Budzik. Ubieranie. Śniadanie. Buty. Plecak. Przedszkole. Rozstanie. Nowe zasady. Grupa dzieci. Hałas. Polecenia dorosłych. Siedzenie przy stoliku. Czekanie na swoją kolej. Zmiana aktywności. Czyli całkiem sporo jak na małego człowieka.
Jeżeli po wakacjach dziecko przez kilka dni trudniej wstaje, jest bardziej płaczliwe, szybciej się złości, nie chce się ubierać, mocniej reaguje na hałas, po powrocie z przedszkola „wybucha”, chce być częściej na rękach albo jest wyjątkowo zmęczone to nie musi oznaczać, że „nie radzi sobie z przedszkolem”. Zmiana rytmu jest dla dziecka zmianą. A zmiana wymaga adaptacji.
Dorosły może zaplanować wcześniejsze pójście spać i przygotować się psychicznie na powrót do pracy. Dziecko nie zawsze ma jeszcze tak rozwiniętą samoregulację, planowanie i elastyczność.
Umiejętności wykonawcze takie jak hamowanie impulsu, utrzymywanie uwagi, przełączanie się między zadaniami, pamiętanie instrukcji czy planowanie rozwijają się przez całe dzieciństwo. Można potraktować je trochę jak „system kontroli lotów” mózgu. Dziecko stopniowo uczy się zarządzać tym, co dzieje się w danym momencie. Zamiast: „Jak nauczyć dziecko zachowywać się jak przedszkolak?” spróbujmy zapytać: „Jak mogę mu pomóc, żeby jego organizm łatwiej poradził sobie z tym, czego będziemy od niego oczekiwać?”
Dziecko nie zawsze może po prostu usłyszeć „uspokój się”, „skoncentruj się” albo „przestań biegać” i natychmiast wykonać polecenie. Samoregulacja jest umiejętnością, która rozwija się w relacji z dorosłym, przez doświadczenia, zabawę, powtarzalność i stopniowo coraz trudniejsze sytuacje. Dlatego zabawa w „czerwone światło, zielone światło” może być czymś znacznie więcej niż zabawą. Dziecko biegnie, słyszy sygnał, zatrzymuje ciało, czeka i ponownie rusza. Przy okazji ćwiczy uwagę, hamowanie reakcji, pamięć zasad, kontrolę ruchu i czekanie. I właśnie takie zabawy lubię najbardziej. Bo dziecko nie musi wiedzieć, że właśnie ćwiczy. Ono ma się po prostu dobrze bawić.
O układzie sensorycznym mówi się dziś bardzo dużo, ale warto trochę uporządkować temat. Nasz układ nerwowy cały czas odbiera informacje z ciała i otoczenia: z wzroku, słuchu, dotyku, układu przedsionkowego, propriocepcji oraz wnętrza ciała. Mózg musi te informacje odebrać, połączyć, zinterpretować i odpowiednio na nie zareagować. Dlatego dziecko, które przez dwie godziny biegało po plaży, skakało, wspinało się i turlało, może po powrocie potrzebować innego rodzaju aktywności niż dziecko, które pół dnia spędziło w samochodzie. Nie dlatego, że istnieje magiczny „przycisk sensoryczny”. Po prostu ciało i mózg miały inne doświadczenia ruchowe i inną historię pobudzenia.
Propriocepcja to w dużym uproszczeniu informacje, które mózg otrzymuje z mięśni i stawów o tym, co robi nasze ciało. Dzięki niej możemy w pewnym stopniu wiedzieć, gdzie znajduje się nasze ciało, nawet bez patrzenia na nie. Kiedy dziecko pcha, ciągnie, przenosi, wspina się, czołga, skacze, podpiera się albo przesuwa cięższy przedmiot, jego ciało otrzymuje dużo informacji związanych z ruchem i obciążeniem. Zamiast więc zawsze mówić: „Nie biegaj!”, czasami można powiedzieć: „Chodź, zobaczymy, czy dasz radę przepchnąć to pudełko do tamtej ściany.” Nie walczymy z potrzebą ruchu. Nadajemy jej kierunek. I bardzo ważne: „ciężka praca” nie oznacza zmęczenia dziecka do odcięcia. Nie chodzi o to, żeby wybiegać je tak, aby nie miało już siły protestować. Chodzi o sensowną aktywność ruchową dopasowaną do dziecka. Jedno dziecko po kilku minutach pchania pudełka przejdzie spokojniej do kolejnej aktywności, a inne może dostać jeszcze większego „powera”. I to jest w porządku. Nie istnieje jedna uniwersalna zabawa, która „wyciszy każde dziecko”.
Coraz więcej badań pokazuje związki między aktywnością fizyczną a funkcjami wykonawczymi dzieci. Szczególnie ciekawe są aktywności, które łączą ruch z myśleniem: reagowaniem, zapamiętywaniem zasad, podejmowaniem decyzji czy hamowaniem reakcji. Nie oznacza to: „Zrób dziecku 10 minut ćwiczeń i będzie się koncentrowało cały dzień”. Zamiast „Skacz!” możemy powiedzieć: „Skocz, kiedy zobaczysz czerwony kolor”. A jeszcze lepiej: „Czerwony – skok. Niebieski -przysiad. Zielony – zamroź się”. I nagle zwykła zabawa angażuje znacznie więcej niż same nogi.
I tutaj dochodzimy do tematu, który jest szczególnie ważny przed przedszkolem, a później jeszcze bardziej widoczny w szkole. Bo kiedy myślimy o przygotowaniu dziecka do siedzenia przy stoliku, rysowania, wycinania, lepienia, zapinania guzików czy później pisania, często od razu myślimy: „Musimy ćwiczyć rękę.” Oczywiście sprawność dłoni i palców jest ważna. Ale ręka nie pracuje w próżni. Żeby dziecko mogło sprawnie wykonywać precyzyjne ruchy dłonią, potrzebuje odpowiedniej stabilizacji całego ciała. Dlatego tak ważna jest obręcz barkowa, stabilizacja tułowia, mięśnie brzucha i pleców, koordynacja oraz ogólna sprawność ruchowa. Można powiedzieć, że zanim poprosimy rękę o precyzję, dobrze jest dać jej stabilną bazę. Jeżeli dziecko siedzi przy stoliku i jego ciało cały czas „szuka pozycji”, podpiera się, zsuwa z krzesła, opiera głowę na ręce albo szybko się męczy, to trudno oczekiwać, że będzie długo i komfortowo wykonywać precyzyjne zadania ręką. Motoryki małej nie warto odrywać od motoryki dużej. To nie są dwa osobne światy.
Codzienne zabawy ruchowe mogą być świetnym sposobem na wspieranie tych obszarów. Czworakowanie. Wspinanie. Podciąganie się. Przenoszenie przedmiotów. Pchanie i ciągnięcie. Zabawy w podporach. Tory przeszkód. Chodzenie jak niedźwiedź, rak czy krab. Przepychanie poduszki. Budowanie bazy z koców. Czołganie się pod krzesłami. To nie musi wyglądać jak „ćwiczenia”. To może być po prostu zabawa. A przy okazji dziecko pracuje nad siłą i stabilizacją obręczy barkowej, tułowia, mięśni brzucha i pleców, koordynacją oraz planowaniem ruchu. I właśnie dlatego sama jestem ogromną zwolenniczką podejścia holistycznego.
Nie przepadam za myśleniem: „Teraz ćwiczymy propriocepcję. Teraz ćwiczymy równowagę. Teraz ćwiczymy rękę. Teraz ćwiczymy koncentrację. A teraz proszę bardzo przerwa. ” Dużo bardziej podoba mi się pomysł: jedna zabawa, a przy okazji pracujemy nad kilkoma rzeczami.
Dziecko pcha ciężkie pudełko – pracuje ciało i propriocepcja. Potem przechodzi po poduszkach – dochodzi równowaga i planowanie ruchu. Po drodze musi złapać woreczek i wrzucić go do celu – mamy koordynację oko–ręka. Następnie przyczepia klamerki albo układa coś małymi elementami – dokładamy motorykę małą. A jeśli cała zabawa ma określone zasady, dochodzi jeszcze słuchanie, pamięć, hamowanie reakcji i koncentracja. Jedna zabawa. Dużo pracy dla całego organizmu.
Bo dziecko nie potrzebuje dwudziestu osobnych ćwiczeń. Potrzebuje dobrego pomysłu na zabawę. Dlatego w filmiku dołączonym do tego artykułu znajdziecie kilka propozycji właśnie takich aktywności. Nie są one „tylko na propriocepcję”. Nie są „tylko na brzuch”. Nie są „tylko na rękę”. Każda z nich angażuje kilka obszarów jednocześnie. I dokładnie tak lubię pracować ze szkrabami na sali. Ruch, zabawa, trochę kombinowania, trochę śmiechu i przy okazji całkiem sporo roboty dla ciała i mózgu. To samo można zrobić w domu. Nie potrzebujemy specjalistycznego sprzętu. Czasami wystarczą poduszki, koc, pudełko, woreczki, klamerki, piłka albo rzeczy, które już mamy pod ręką. I tutaj naprawdę warto wznieść się na wyżyny rodzicielskiej kreatywności. Kanapa może być górą. Poduszki mogą być kamieniami. Koc może być tunelem. Pudełko może być ciężkim ładunkiem. A przedpokój może na pięć minut zamienić się w tor przeszkód. Dziecko widzi zabawę. My widzimy milion możliwości.
Równowaga to nie tylko stanie na jednej nodze. To ciągłe mikrodostosowywanie ciała. Mózg odbiera informacje z różnych układów i na ich podstawie organizuje ruch. Dlatego świetnie sprawdzają się „wyspy” z poduszek, ścieżki, przechodzenie przez przeszkody, zatrzymywanie się na sygnał, chodzenie jak zwierzęta i naśladowanie rodzica. Najciekawsze są zabawy, w których ruch spotyka się z myśleniem.
Na przykład: „Kiedy powiem LAS – idziesz. Kiedy powiem MRÓZ – zamarzasz. Kiedy powiem OGIEŃ – kucasz”.
Dziecko musi słuchać, zapamiętać regułę i zahamować automatyczną reakcję. Czyli znowu – jedna zabawa, kilka obszarów naraz.
Czasami dziecko jest tak pobudzone, że natychmiastowe unieruchomienie jest po prostu trudne. Dla części dzieci droga do spokoju może wyglądać raczej tak:
ruch → organizacja ruchu → zwolnienie → spokojna aktywność.
Możemy więc przejść od czołgania do układania, a potem do czytania.
To nie trzy przypadkowe aktywności. To mała sekwencja przejścia między stanami aktywności.
Kanapka: dziecko leży między poduszkami jak „kanapka”. Jeśli lubi głęboki nacisk, można zastosować bardzo delikatny, akceptowany przez dziecko docisk. Jeśli nie lubi – nie robimy tego. Nie każda strategia pasuje każdemu dziecku.
Żółw: dziecko wychodzi ze skorupy, a potem bardzo powoli do niej wraca. Stopniowo zwalniamy, aż „żółw zasypia”.
Nocny pociąg: powolny ruch rąk połączony z opowieścią. Zamiast „weź głęboki wdech” mówimy: „Pociąg rusza…”. Dziecko podąża za historią.
I znowu – nie chodzi o perfekcyjne wykonanie ćwiczenia. Chodzi o wspólną zabawę i stopniowe przechodzenie do spokojniejszej aktywności.
Nie perfekcyjna. Nie wojskowa. Nie taka, w której wszystko odbywa się co do minuty. Tylko przewidywalna.
Dzieci korzystają z tego, że świat ma pewien porządek:
najpierw śniadanie → potem ubieranie → potem buty → potem wyjście.
Wieczorem:
kolacja → łazienka → piżama → książka → sen.
Nie chodzi o to, żeby życie zamienić w tabelkę. Chodzi o komunikat: „Wiem, co będzie dalej.”
Jeśli przez całe wakacje dziecko zasypiało o 22:30, a przedszkole wymaga pobudki o 6:30, niedziela przed pierwszym dniem nie jest najlepszym momentem na: „Od dzisiaj śpimy o 20:00!”. Znacznie łagodniejsze jest stopniowe przesuwanie rytmu. Kilka–kilkanaście dni wcześniej można stopniowo przywracać wcześniejszą pobudkę, śniadanie, aktywność, kolację, spokojniejszy wieczór i wcześniejsze wyciszenie. Nie trzeba od razu odtwarzać całego dnia przedszkolnego.
Jeśli dziecko jest niewyspane, wszystko staje się trudniejsze: koncentracja, regulacja emocji, tolerowanie frustracji, elastyczność, poranne wstawanie i radzenie sobie z hałasem. Czasami zwykłe: „Załóż skarpetki” staje się konfliktem na miarę negocjacji pokojowych. Dlatego przed przedszkolem warto zacząć właśnie od podstaw: odpowiedniej ilości snu i przewidywalnego wieczoru.
Nie rób z ostatnich dni wakacji projektu pod tytułem: „Muszę przygotować dziecko do przedszkola”. Dziecko nie potrzebuje kolejnych godzin ćwiczeń. Potrzebuje doświadczeń, w których ruch, zasady, emocje i relacja spotykają się w naturalnej zabawie. Skok może stać się ćwiczeniem hamowania. Tor przeszkód – planowaniem ruchu. Zabawa w detektywa – pamięcią wzrokową. „Zamarzanie” – kontrolą impulsu. Budowanie drogi -planowaniem. A wspólne czytanie – treningiem uwagi.
Dziecko po prostu się bawi. I właśnie w tym jest największa siła zabawy.
RANO – RUCH
10–20 minut aktywności: spacer, plac zabaw, tor przeszkód, rower, skakanie, wspinanie albo zabawa w „misję”. Nie musi być idealnie. Liczy się regularna okazja do ruchu.
W CIĄGU DNIA – ZABAWA Z ZASADĄ
Jedna zabawa wymagająca zapamiętania, czekania, reagowania, zatrzymywania ruchu albo zmiany reguły. Na przykład: „Simon mówi”, „czerwone–zielone”, „tajny agent”, „złam kod”.
WIECZOREM – PRZEJŚCIE DO SPOKOJU
Powtarzalny rytuał: kolacja → łazienka → piżama → książka → przytulenie → sen.
Dziecko często najbardziej potrzebuje komunikatu: „Wiem, co będzie dalej.”
Nie trzeba rano robić całego programu sensorycznego. Wystarczy ruch, jedzenie, spokojne tempo i przewidywalność. Można zrobić jedną krótką „misję”: przepchnąć poduszkę do drzwi, dostarczyć misia do plecaka albo zrobić dwa wielkie skoki i założyć buty. To ma być pomost, nie trening.
Dziecko może mieć obawy: „A jeśli będę tęsknić?”, „A jeśli nie będę wiedzieć, gdzie jest moja sala?”.
Nie trzeba tych obaw natychmiast naprawiać.
Można powiedzieć: „Możesz tęsknić za mną i jednocześnie dobrze bawić się w przedszkolu.” Albo: „Pierwszy dzień może być trochę dziwny. Nie musisz od razu wszystkiego lubić.” To naprawdę wystarczy.
Jeżeli zapomnisz o ćwiczeniu – nic się nie stanie.
Jeżeli dziecko nie chce robić toru przeszkód – nic się nie stanie.
Jeżeli zamiast „sensorycznej zabawy” wybierzecie rower świetnie!
Jeżeli zamiast 15 minut ćwiczeń będziecie przez pół godziny budować bazę z koców też świetnie.
Celem nie jest stworzenie dziecka, które będzie idealnie regulowane.
Celem jest stworzenie mu warunków, w których łatwiej będzie mu się regulować.
I dlatego właśnie zachęcam do patrzenia na zabawę szerzej.
Nie tylko: „Co chcę dzisiaj poćwiczyć?”
Ale: „Jak mogę się z nim pobawić tak, żeby przy okazji dostało trochę ruchu, popracowało całym ciałem, poćwiczyło koordynację, koncentrację i dobrze się przy tym bawiło?” To właśnie jest moje ulubione podejście do pracy ze szkrabami na sali.
Jedna zabawa. Wiele obszarów. Zero nudy.
A w filmiku dołączonym do artykułu znajdziecie kilka takich propozycji, które możecie spokojnie przenieść również do domu.
1. Najpierw ciało, potem wymagania. Ruch może być dobrym przygotowaniem do aktywności wymagającej uwagi.
2. Motoryka mała potrzebuje dobrej bazy. Sprawna dłoń pracuje na stabilnym tułowiu i przy odpowiedniej pracy obręczy barkowej.
3. Zabawa może być treningiem funkcji wykonawczych. Dziecko nie musi siedzieć przy stoliku, żeby ćwiczyć uwagę, pamięć roboczą czy hamowanie reakcji.
4. Nie każde dziecko reguluje się tak samo. To, co jednemu pomaga zwolnić, drugiego może dodatkowo pobudzić.
5. Rutyna jest potężniejsza, niż nam się wydaje. Przewidywalny rytm dnia, sen, posiłki, ruch i spokojne rytuały dają dziecku poczucie bezpieczeństwa.
„Moje dziecko nie musi być gotowe na wszystko pierwszego dnia. Możemy wejść w tę zmianę krok po kroku.” Przygotowanie do przedszkola nie polega na tym, żeby nauczyć dziecko być „grzecznym”, siedzieć bez ruchu i radzić sobie ze wszystkim. Polega na tym, żeby pomóc mu coraz lepiej rozumieć swoje ciało, swoje emocje, swoje potrzeby i świat, który czasami jest naprawdę głośny, szybki i wymagający. A czasem najlepszym przygotowaniem do przedszkola jest po prostu: trochę pobiegać, trochę się pobawić, trochę poprzytulać, dobrze zjeść, dobrze się wyspać i wiedzieć, co wydarzy się jutro. I naprawdę to już jest bardzo dużo.
]]>Jeszcze kilkanaście lat temu słowa „Mamo, nudzi mi się” najczęściej oznaczały początek samodzielnego poszukiwania zajęcia. Dziś coraz częściej stają się sygnałem alarmowym dla rodziców, którzy natychmiast zaczynają proponować kolejne aktywności, wyciągać gry planszowe, organizować wyjście na plac zabaw lub wręczać dziecku telefon czy tablet. Współczesne dzieci dorastają w świecie pełnym bodźców i atrakcji, a dorośli – często kierowani troską i chęcią zapewnienia dziecku jak najlepszych warunków rozwoju – starają się wypełnić niemal każdą wolną chwilę. Paradoksalnie jednak właśnie brak nudy może okazać się jednym z największych ograniczeń dla rozwoju dziecka.
Z perspektywy psychologii rozwojowej nuda nie jest stanem, którego należy za wszelką cenę unikać. Wręcz przeciwnie – pełni ważną funkcję adaptacyjną. Jest sygnałem, że dotychczasowa aktywność przestała być dla mózgu wystarczająco angażująca i pojawia się przestrzeń do poszukiwania nowych rozwiązań. To właśnie w takich momentach rozwijają się kreatywność, samodzielność oraz umiejętność organizowania własnego czasu.
Rodzice często obawiają się, że nudzące się dziecko jest nieszczęśliwe lub że brak zaplanowanych zajęć oznacza zaniedbanie wychowawcze. Tymczasem psychologia pokazuje coś zupełnie przeciwnego. Dziecko, które od czasu do czasu doświadcza nudy, uczy się tolerowania chwilowego dyskomfortu, rozwija wyobraźnię oraz stopniowo odkrywa własne zainteresowania. Nie dzieje się to jednak natychmiast. Pomiędzy komunikatem „nudzi mi się” a pojawieniem się nowego pomysłu istnieje pewien okres przejściowy, którego wielu dorosłych nieświadomie dziecku odbiera.
Nuda jest emocjonalnym doświadczeniem, które informuje organizm, że aktualna sytuacja nie dostarcza wystarczającej ilości wyzwań ani satysfakcji. Dla dorosłych bywa nieprzyjemna, podobnie jak dla dzieci. Nie oznacza jednak, że jest szkodliwa. Wręcz przeciwnie – krótkotrwałe doświadczenie nudy mobilizuje mózg do poszukiwania nowych aktywności i rozwiązań.
Badania neuropsychologiczne wskazują, że w chwilach pozornego „nicnierobienia” aktywizuje się tzw. sieć stanu spoczynkowego mózgu (Default Mode Network). To zespół struktur odpowiedzialnych między innymi za wyobrażenia, planowanie przyszłości, analizowanie własnych doświadczeń oraz tworzenie nowych skojarzeń. Innymi słowy, kiedy dziecko siedzi na kanapie, patrzy przez okno lub bez celu przesuwa patyk po piasku, jego mózg wcale nie pozostaje bezczynny. Przetwarza informacje, porządkuje doświadczenia i tworzy nowe połączenia neuronalne.
To właśnie dlatego dzieci często wpadają na najbardziej kreatywne pomysły wtedy, gdy dorośli mają wrażenie, że „nic nie robią”. Z kartonu powstaje rakieta kosmiczna, z koca baza, a kilka kamieni zamienia się w sklep, restaurację lub tajemniczą wyspę. Takie zabawy nie są stratą czasu. Stanowią naturalny trening funkcji wykonawczych, planowania, elastyczności poznawczej oraz myślenia symbolicznego.
Jeszcze kilkanaście lat temu słowa „Mamo, nudzi mi się” najczęściej oznaczały początek samodzielnego poszukiwania zajęcia. Dziś coraz częściej stają się sygnałem alarmowym dla rodziców, którzy natychmiast zaczynają proponować kolejne aktywności, wyciągać gry planszowe, organizować wyjście na plac zabaw lub wręczać dziecku telefon czy tablet. Współczesne dzieci dorastają w świecie pełnym bodźców i atrakcji, a dorośli – często kierowani troską i chęcią zapewnienia dziecku jak najlepszych warunków rozwoju – starają się wypełnić niemal każdą wolną chwilę. Paradoksalnie jednak właśnie brak nudy może okazać się jednym z największych ograniczeń dla rozwoju dziecka.
Z perspektywy psychologii rozwojowej nuda nie jest stanem, którego należy za wszelką cenę unikać. Wręcz przeciwnie – pełni ważną funkcję adaptacyjną. Jest sygnałem, że dotychczasowa aktywność przestała być dla mózgu wystarczająco angażująca i pojawia się przestrzeń do poszukiwania nowych rozwiązań. To właśnie w takich momentach rozwijają się kreatywność, samodzielność oraz umiejętność organizowania własnego czasu.
Rodzice często obawiają się, że nudzące się dziecko jest nieszczęśliwe lub że brak zaplanowanych zajęć oznacza zaniedbanie wychowawcze. Tymczasem psychologia pokazuje coś zupełnie przeciwnego. Dziecko, które od czasu do czasu doświadcza nudy, uczy się tolerowania chwilowego dyskomfortu, rozwija wyobraźnię oraz stopniowo odkrywa własne zainteresowania. Nie dzieje się to jednak natychmiast. Pomiędzy komunikatem „nudzi mi się” a pojawieniem się nowego pomysłu istnieje pewien okres przejściowy, którego wielu dorosłych nieświadomie dziecku odbiera.
Nuda jest emocjonalnym doświadczeniem, które informuje organizm, że aktualna sytuacja nie dostarcza wystarczającej ilości wyzwań ani satysfakcji. Dla dorosłych bywa nieprzyjemna, podobnie jak dla dzieci. Nie oznacza jednak, że jest szkodliwa. Wręcz przeciwnie – krótkotrwałe doświadczenie nudy mobilizuje mózg do poszukiwania nowych aktywności i rozwiązań.
Badania neuropsychologiczne wskazują, że w chwilach pozornego „nicnierobienia” aktywizuje się tzw. sieć stanu spoczynkowego mózgu (Default Mode Network). To zespół struktur odpowiedzialnych między innymi za wyobrażenia, planowanie przyszłości, analizowanie własnych doświadczeń oraz tworzenie nowych skojarzeń. Innymi słowy, kiedy dziecko siedzi na kanapie, patrzy przez okno lub bez celu przesuwa patyk po piasku, jego mózg wcale nie pozostaje bezczynny. Przetwarza informacje, porządkuje doświadczenia i tworzy nowe połączenia neuronalne.
To właśnie dlatego dzieci często wpadają na najbardziej kreatywne pomysły wtedy, gdy dorośli mają wrażenie, że „nic nie robią”. Z kartonu powstaje rakieta kosmiczna, z koca baza, a kilka kamieni zamienia się w sklep, restaurację lub tajemniczą wyspę. Takie zabawy nie są stratą czasu. Stanowią naturalny trening funkcji wykonawczych, planowania, elastyczności poznawczej oraz myślenia symbolicznego.
Coraz częściej obserwuje się jednak sytuację odwrotną. W momencie pojawienia się pierwszych oznak nudy dziecko niemal natychmiast otrzymuje gotową propozycję aktywności. Dorosły podsuwa zabawkę, organizuje kolejne zajęcia lub wręcza urządzenie elektroniczne. W rezultacie mózg nie ma okazji samodzielnie przejść procesu poszukiwania rozwiązania. Otrzymuje je z zewnątrz.
W gabinecie psychologicznym coraz częściej spotykam dzieci, które mają ogromną trudność z inicjowaniem spontanicznej zabawy. Podczas pierwszych spotkań zdarza się, że kilkuletnie dziecko wchodzi do sali pełnej różnorodnych pomocy terapeutycznych i po krótkiej chwili pyta: „A co teraz mam robić?”. Nie wynika to z braku inteligencji czy wyobraźni. Znacznie częściej jest efektem codziennych doświadczeń, w których niemal każda aktywność była wcześniej zaplanowana przez dorosłych. Dziecko przyzwyczaja się do roli odbiorcy gotowych propozycji, zamiast stawać się ich twórcą.
Dobrym przykładem był ośmioletni chłopiec, który zgłosił się do gabinetu z powodu trudności w regulacji emocji i niskiej tolerancji frustracji. Podczas jednej z pierwszych wizyt zaproponowałam mu swobodny wybór zabawy spośród dostępnych materiałów. Chłopiec przez kilka minut chodził po pokoju, oglądał półki i kilkakrotnie powtarzał: „Nie wiem, co mam robić”. Dopiero po dłuższej chwili sięgnął po drewniane klocki. Początkowo budował pojedyncze konstrukcje, jednak z każdą kolejną minutą zabawa stawała się coraz bardziej złożona. Po czterdziestu minutach stworzył całe miasto wraz z historią jego mieszkańców. Pod koniec spotkania sam zauważył: „Na początku było nudno, ale potem było fajnie”. To krótkie zdanie bardzo dobrze oddaje mechanizm psychologiczny nudy. Największa wartość często pojawia się dopiero po przekroczeniu pierwszego dyskomfortu.
Współczesna kultura uczy nas natychmiastowego zaspokajania potrzeb. Chcemy szybko rozwiązywać problemy, eliminować nieprzyjemne emocje i dostarczać dziecku kolejnych atrakcji. Tymczasem rozwój psychiczny nie przebiega w ten sposób. Wiele kompetencji powstaje właśnie dzięki chwilowemu napięciu, oczekiwaniu i samodzielnemu poszukiwaniu rozwiązań. Nuda jest jednym z naturalnych elementów tego procesu.
Dla wielu rodziców komunikat „nudzi mi się” nie jest jedynie informacją o chwilowym stanie dziecka. Często uruchamia poczucie odpowiedzialności, a niekiedy nawet winy. Pojawia się przekonanie, że dobry rodzic powinien zapewnić dziecku ciekawe zajęcie, zorganizować czas lub zaproponować rozwiązanie. Jest to zrozumiałe, zwłaszcza w kulturze, która od lat promuje ideę nieustannego wspierania rozwoju. Z każdej strony słyszymy o znaczeniu stymulacji, rozwijania talentów, zajęć dodatkowych i aktywnego spędzania czasu. W efekcie wielu dorosłych zaczyna postrzegać każdą chwilę bez konkretnego celu jako czas zmarnowany.
Z psychologicznego punktu widzenia jest to jednak przekonanie, które warto poddać refleksji. Rozwój dziecka nie polega wyłącznie na dostarczaniu nowych doświadczeń. Równie ważna jest możliwość ich przetwarzania, porządkowania oraz nadawania im osobistego znaczenia. Mózg potrzebuje nie tylko bodźców, ale również przestrzeni na ich integrację. Podobnie jak mięśnie rozwijają się nie podczas samego wysiłku, lecz również w czasie regeneracji, tak układ nerwowy potrzebuje momentów względnego spokoju.
Coraz częściej mówi się o zjawisku przebodźcowania dzieci. Nie wynika ono wyłącznie z korzystania z urządzeń elektronicznych. Nadmierna liczba zajęć dodatkowych, ciągłe zmiany aktywności, hałas, pośpiech oraz nieustanne dostarczanie nowych atrakcji również stanowią dla mózgu znaczące obciążenie. Dziecko funkcjonujące przez cały dzień w intensywnie stymulującym środowisku może mieć trudność z wyciszeniem, koncentracją uwagi oraz regulacją emocji. W takich warunkach nuda staje się doświadczeniem niemal obcym, ponieważ każda chwila ciszy zostaje natychmiast wypełniona kolejnym bodźcem.
W praktyce gabinetowej obserwuję, że wielu rodziców z dużym niepokojem reaguje na brak aktywności dziecka. Podczas konsultacji słyszę pytania: „Czy to normalne, że siedzi i patrzy przez okno?”, „Powinnam mu coś zaproponować?”, „Czy nie marnuje czasu?”. Tymczasem samo siedzenie, obserwowanie otoczenia czy chwilowe „nicnierobienie” nie świadczy o bierności rozwojowej. Wręcz przeciwnie – może być momentem intensywnej pracy wewnętrznej, której nie widać z zewnątrz.
W pamięci szczególnie pozostała mi dziewięcioletnia dziewczynka, która trafiła do gabinetu z powodu narastających trudności z koncentracją i dużej drażliwości. Rodzice byli bardzo zaangażowani w jej rozwój. Po szkole uczestniczyła w zajęciach językowych, tanecznych, sportowych oraz muzycznych. Weekendy również były dokładnie zaplanowane. Kiedy podczas wywiadu zapytałam, ile czasu w ciągu tygodnia dziewczynka ma na swobodną zabawę lub zwykłe nicnierobienie, zapadła długa cisza. Mama odpowiedziała z uśmiechem: „Przecież ona nie lubi się nudzić”.
W trakcie kolejnych spotkań okazało się jednak, że dziewczynka praktycznie nie potrafiła samodzielnie organizować sobie czasu. Kiedy otrzymywała przestrzeń na spontaniczną aktywność, szybko się zniechęcała i oczekiwała kolejnych wskazówek. Z czasem wspólnie z rodzicami zaczęliśmy stopniowo ograniczać liczbę zaplanowanych zajęć, pozostawiając regularne okresy całkowicie wolnego czasu. Początkowo były one dla niej bardzo trudne. Po kilku tygodniach zaczęła jednak sama tworzyć komiksy, pisać krótkie opowiadania i budować rozbudowane scenariusze zabaw. Rodzice przyznali później, że byli zaskoczeni, jak wiele pomysłów pojawiło się dopiero wtedy, gdy przestali je podsuwać.
To doświadczenie dobrze pokazuje różnicę między nudą a bezczynnością. Nuda jest stanem przejściowym, który uruchamia proces poszukiwania nowych możliwości. Bezczynność natomiast oznacza brak zaangażowania i motywacji do działania. W codziennym języku często używamy tych pojęć zamiennie, choć psychologicznie opisują one odmienne zjawiska.
Warto również pamiętać, że dzieci uczą się sposobów radzenia sobie z nudą poprzez obserwowanie dorosłych. Jeżeli rodzic w każdej wolnej chwili sięga po telefon, włącza telewizor lub odczuwa dyskomfort w kontakcie z ciszą, dziecko otrzymuje ważny komunikat: pustkę trzeba natychmiast czymś zapełnić. Trudno oczekiwać od kilkulatka, aby potrafił spokojnie pobyć sam ze swoimi myślami, jeśli sam nigdy nie obserwował takiej postawy u najbliższych.
Psychologia rozwojowa od dawna podkreśla znaczenie autonomii w budowaniu poczucia kompetencji. Dziecko rozwija przekonanie „potrafię poradzić sobie sam”, kiedy ma okazję rzeczywiście czegoś samodzielnie doświadczyć. Dotyczy to nie tylko rozwiązywania problemów szkolnych czy wykonywania obowiązków domowych, ale także organizowania własnego czasu. Jeżeli każdy moment zostaje zaplanowany przez dorosłego, dziecko stopniowo przestaje wierzyć, że samo potrafi znaleźć dla siebie interesujące zajęcie.
Dlatego, gdy następnym razem usłyszymy słowa „nudzi mi się”, warto potraktować je nie jako wezwanie do natychmiastowej interwencji, ale jako początek procesu. Być może za kilka lub kilkanaście minut dziecko samo odkryje aktywność, która zaangażuje je znacznie bardziej niż najlepsza propozycja przygotowana przez dorosłego. Paradoks polega na tym, że najbardziej twórcze pomysły rzadko rodzą się wtedy, gdy są gotowe. Powstają wtedy, gdy umysł dostaje czas, aby ich poszukać.
Pozwolenie dziecku na nudę nie oznacza pozostawienia go bez wsparcia. Rolą rodzica nie jest całkowite wycofanie się z kontaktu, ale stworzenie warunków, w których dziecko będzie mogło stopniowo rozwijać samodzielność. To subtelna, lecz bardzo istotna różnica. Dziecko potrzebuje poczucia bezpieczeństwa i świadomości, że dorosły jest obok, jednocześnie nie przejmując odpowiedzialności za każdą minutę jego czasu.
Kiedy dziecko mówi: „Nudzi mi się”, warto najpierw zatrzymać własną potrzebę natychmiastowego działania. Kilka chwil ciszy nie oznacza, że dzieje się coś niepokojącego. Zamiast od razu proponować kolejne aktywności, można odpowiedzieć spokojnie: „Rozumiem. Jestem ciekawa, jaki pomysł za chwilę przyjdzie Ci do głowy”. Taka odpowiedź nie bagatelizuje emocji dziecka, ale jednocześnie przekazuje mu odpowiedzialność za znalezienie rozwiązania. To ważny komunikat: „Wierzę, że sobie poradzisz”.
Nie oznacza to oczywiście, że rodzic nigdy nie powinien inicjować wspólnych aktywności. Wspólna zabawa, czytanie książek, wycieczki czy rozmowy pozostają niezwykle ważnym elementem budowania więzi. Kluczowe jest jednak zachowanie równowagi między czasem organizowanym przez dorosłych a przestrzenią pozostawioną dziecku. W codziennym życiu coraz częściej obserwujemy sytuację odwrotną – niemal każda chwila zostaje zaplanowana, a spontaniczność ustępuje miejsca harmonogramowi.
Warto również zwrócić uwagę na rolę przedmiotów, które oferujemy dzieciom. Wbrew pozorom to nie najbardziej zaawansowane technologicznie zabawki najczęściej rozwijają kreatywność. Znacznie większy potencjał mają materiały otwarte – kartony, koce, poduszki, klocki, kredki, plastelina, patyki czy kamienie znalezione podczas spaceru. Ich wartość polega na tym, że nie narzucają jednego sposobu użycia. To dziecko decyduje, czym w danym momencie się staną.
Psychologowie od lat podkreślają znaczenie swobodnej zabawy dla rozwoju funkcji wykonawczych, regulacji emocji oraz kompetencji społecznych. W zabawie kierowanej przez dziecko pojawia się planowanie, przewidywanie konsekwencji, rozwiązywanie problemów oraz elastyczne dostosowywanie się do zmieniającej się sytuacji. To właśnie te umiejętności w późniejszym okresie życia okazują się niezwykle ważne nie tylko w nauce, ale również w relacjach interpersonalnych i funkcjonowaniu zawodowym.
Jednocześnie warto pamiętać, że istnieją sytuacje, w których nuda może być sygnałem wymagającym większej uwagi. Jeżeli dziecko przez dłuższy czas nie odczuwa przyjemności z aktywności, wycofuje się z kontaktów z rówieśnikami, rezygnuje z wcześniej lubianych zajęć lub stale deklaruje brak motywacji, warto przyjrzeć się jego funkcjonowaniu szerzej. Tego rodzaju objawy nie muszą wynikać z samej nudy. Mogą być związane z przewlekłym stresem, przeciążeniem emocjonalnym, obniżonym nastrojem lub innymi trudnościami wymagającymi konsultacji ze specjalistą. W takich sytuacjach kluczowe znaczenie ma nie samo zdanie „nudzi mi się”, lecz cały kontekst funkcjonowania dziecka.
W codziennym życiu zdecydowanie częściej mamy jednak do czynienia z naturalną nudą rozwojową niż z objawem problemów psychicznych. Dzieci potrzebują czasu, aby nauczyć się być ze sobą, odkrywać własne zainteresowania i doświadczać sprawstwa. Nie wydarzy się to, jeśli za każdym razem ktoś zrobi pierwszy krok za nie.
Patrząc z perspektywy gabinetu psychologicznego, można odnieść wrażenie, że jednym z największych wyzwań współczesnego dzieciństwa nie jest brak możliwości, lecz ich nadmiar. Dzieci mają dostęp do niezliczonej liczby zabawek, aplikacji, filmów i zajęć dodatkowych. Nigdy wcześniej świat nie oferował tak wielu sposobów na natychmiastowe zaspokojenie potrzeby rozrywki. Paradoksalnie właśnie dlatego coraz trudniej wytrzymać kilka minut ciszy.
Nuda uczy cierpliwości wobec samego siebie. Pokazuje, że nie każda potrzeba musi zostać zaspokojona natychmiast i że warto czasem poczekać na własny pomysł. To doświadczenie staje się fundamentem wielu kompetencji psychicznych, takich jak samoregulacja, wytrwałość, odporność na frustrację czy kreatywność. Są to umiejętności, których nie można wykształcić poprzez gotowe instrukcje. Rozwijają się wyłącznie dzięki doświadczeniu.
Jako psycholog często obserwuję, że rodzice chcą chronić dzieci przed każdą trudniejszą emocją. To naturalny odruch wynikający z troski i miłości. Warto jednak pamiętać, że rozwój nie polega na eliminowaniu wszystkich nieprzyjemnych doświadczeń, lecz na stopniowym uczeniu dziecka, że potrafi sobie z nimi poradzić. Dotyczy to również nudy. Jeżeli dziecko przekona się, że chwilowy dyskomfort nie jest zagrożeniem, lecz początkiem czegoś nowego, zyska kompetencję, która będzie procentowała przez całe życie.
Być może więc następnym razem, gdy usłyszymy: „Mamo, tato, nudzi mi się”, zamiast gorączkowo szukać kolejnej atrakcji, warto odpowiedzieć z uśmiechem: „To ciekawe. Jestem bardzo ciekawa, co za chwilę wymyślisz”. W tych kilku minutach pozornej bezczynności może wydarzyć się znacznie więcej, niż jesteśmy w stanie dostrzec. To właśnie wtedy dziecko uczy się nie tylko organizowania własnego czasu, ale przede wszystkim odkrywa, że najciekawsze pomysły często rodzą się z ciszy, przestrzeni i odrobiny nudy.
Bilewicz-Kuźnia, B. (2018). Zabawa życiem dziecka – aplikacja teorii Froebla do praktyki przedszkolnej XXI wieku. Forum Pedagogiczne, 8(2), 47–57.
Brzezińska-Gębicka, A. (2020). Przywilej czy prawo? O statusie zabawy swobodnej w kontekście współczesnych tendencji rodzicielskich i zjawiska projektowania dzieciństwa. Edukacja Elementarna w Teorii i Praktyce.
Dymara, B. (red.) (2009). Dziecko w świecie zabawy. O kulturze, cechach i wartościach ludycznej edukacji. Kraków: Oficyna Wydawnicza „Impuls”.
Ellison, S., Gray, J. (2003). 365 dni twórczej zabawy dla dzieci dwuletnich i starszych. Warszawa: Wydawnictwo W.A.B.
Lasota, A. (2012). Jak małe dziecko poznaje rzeczywistość. O zabawie i komunikacji we wczesnym dzieciństwie. Kraków: Wydawnictwo Naukowe UP.
Olechnowicz, H. (1997). Dobre chwile z naszym dzieckiem. Zabawy sprzyjające rozwojowi charakteru. Warszawa: WSiP.
Świtalski, W. (2019). Uczenie się dorosłych w zabawie. Łódź: Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego.
Weston, D. C., Weston, M. S. (1999). Co dzień mądrzejsze. 365 gier i zabaw kształtujących charakter, wrażliwość i inteligencję emocjonalną dziecka. Warszawa: Prószyński i S-ka.
Ogromny lęk o zdrowie i rozwój dziecka, strach jak poradzi sobie w żłobku, przedszkolu, a potem w szkole. Czy pojedzie na szkolną wycieczkę, czy będzie w stanie wyjechać na letni obóz? To również obawa, co powiedzą inni, jak mnie ocenią, czy mnie skrytykują…
Lęk, strach, często błędne przekonania, ale też ogromna rodzicielska troska i przede wszystkim miłość, sprawiają, że wśród wielu zachowań mających na celu skłonienie dziecka do jedzenia, pojawia się wiele błędów. To ważne, aby zawsze tego typu strategie postrzegać jako działania podejmowane w „dobrej wierze”, mimo, że często wyłącznie zniechęcają do jedzenia i nasilają dziecięcy opór.
Pośród wielu błędów, które popełnia większość rodziców wyróżniamy:
Jeżeli jesteś rodzicem i popełniasz, któryś z wyżej wymienionych błędów, nie przejmuj się. To powszechne techniki stosowane przez większość rodziców i opiekunów. Większość z nich wynika nie z braku wiedzy czy zaangażowania, a z troski, dobra lub bezradności. Najważniejsze to rozumieć, dlaczego na dłuższą metę tego typu techniki nie są skuteczne, by następnie zacząć wprowadzać drobne zmiany.
Mniej presji, mniej skupiania się na jedzeniu, ograniczanie nieustannego zachęcania, regularna ekspozycja to subtelne kroki, które mogą przynieść więcej korzyści, niż nam się wydaje.
]]>Jeśli Wasze dziecko reaguje płaczem na sam widok piasku, nie znosi mycia głowy, biega bez wytchnienia jak nakręcone, albo wręcz przeciwnie – trudno je do czegokolwiek zachęcić – prawdopodobnie zadajecie sobie pytanie, które słyszę od rodziców najczęściej: „Czy to tylko taki charakterek, czy jednak coś więcej?”. Od tego pytania zaczyna się cała historia z systemem KATIS.
Mózg malucha od urodzenia bez przerwy zbiera informacje – z dotyku, ruchu, słuchu, wzroku, a nawet z tego, co dzieje się w jego własnych mięśniach i stawach. Musi je wszystkie poskładać w jedną, sensowną całość. Ten proces nazywamy integracją sensoryczną.
Kiedy przebiega on nietypowo, dziecko może reagować na bodźce zbyt mocno – metka w koszulce staje się wtedy dramatem na miarę Oscara. Może też szukać bodźców wyjątkowo intensywnie, żeby w ogóle poczuć, że „jest” w swoim ciele, albo odmawiać wszystkiego co zaproponujecie jednym krótkim „Nie chce”. Do tego dochodzą często kłopoty z koordynacją ruchową, nauką zwykłych czynności czy regulacją poziomu pobudzenia.
I tu ważna uwaga: same te zachowania nie są jeszcze diagnozą. To sygnały, które powinny zapalić w glowie czerwoną lampkę. O! Jest coś, co mnie zastanawia, co zaburza obraz. Może warto to sprawdzić zamiast zamartwiać się na zapas albo, co gorsza, bagatelizować temat latami, aż trudności utrwalą się na dobre.
Do tej pory w wielu miejscach słychać opinie, że ocenę sensoryczną dziecka robi się dopiero od 4 roku życia i „teraz jest za wcześnie, nie ma sensu, trzeba poczekać”. Nic bardziej mylnego. System KATIS, czyli Komputerowy Asystent Terapii Integracji Sensorycznej, to polskie narzędzie stworzone specjalnie dla najmłodszych – dzieci między 12. miesiącem a 4. rokiem życia. Merytorycznie czuwał nad nim Zbigniew Przyrowski – jedna z tych osób w polskiej integracji sensorycznej, których nazwisko pojawia się właściwie w każdej książce wartej przeczytania.
Po co ktoś w ogóle to wymyślił? Klasyczne, standaryzowane testy SI, jak PSTIS czy Testy Południowo Kalifornijskie, sprawdzają się faktycznie u starszych dzieci. Maluchy poniżej 4. roku życia były w tej materii trochę osierocone, bo trudno zbadać dwulatka tymi samymi narzędziami, co pięciolatka. A badanie „na oko” nie zawsze przynosi satysfakcjonujące wyniki. KATIS miał tę lukę wypełnić.
W praktyce jest to platforma komputerowa złożona z kilku elementów. Mamy tu:
Kwestionariusz można wykonać samodzielnie logując się do platformy Katis.pl. Jeżeli trudności okażą się niewielkie – system sam zaproponuje ćwiczenia do domu, które poprawią niewielkie trudności rozwojowe. Ale jeżeli rzeczywiście jest coś na rzeczy – odeśle do terapeuty integracji sensorycznej na diagnozę.
A jeśli spotkanie z diagnozą rozpoczynacie od razu w gabinecie?
Jeżeli macie już wypełniony kwestionariusz, to diagnosta poprosi o dostęp do niego (jeśli nie macie – da link do wypełnienia) i na tej podstawie wykona:
Diagnoza KATIS bywa polecana, jeśli rozpoznajecie u swojego dziecka na przykład:
Jeśli widzicie u swojego dziecka kilka punktów z tej listy, to jeszcze nie wyrok. To sygnał, że warto to sprawdzić, zamiast czekać, aż samo przejdzie.
Wczesna diagnoza to nie jest szukanie problemu na siłę. To danie sobie i dziecku szansy na spokojniejszy start. Mózg małego dziecka rozwija się w niezwykłym tempie i właśnie w tym okresie najłatwiej wspiera się go w nabywaniu nowych umiejętności. Im wcześniej zauważycie trudność, tym łatwiej i szybciej można ją zniwelować, zanim przełoży się ona na kłopoty w przedszkolu, trudności w nauce czy niską samoocenę dziecka.
Dzieci z trudnościami sensorycznymi słyszą często „bądź grzeczny”, „usiądź spokojnie”, „nie histeryzuj” – choć wcale nie chodzi tu o złe wychowanie, tylko o inaczej pracujący układ nerwowy. Diagnoza pozwala to zrozumieć i przestać szukać winy tam, gdzie jej po prostu nie ma.
Badanie daje też coś, czego rodzicom dzieci z trudnościami sensorycznymi brakuje najbardziej – konkretną odpowiedź zamiast domysłów. Zamiast błądzić po forach internetowych czy porównywać swoje dziecko do dzieci sąsiadów, dostajecie rzetelny raport przygotowany przez specjalistę, który wie, na co patrzeć. To także ulga w codziennych zmaganiach, bo wiele zachowań, które wcześniej wydawały się kaprysem albo złośliwością czy knąbrnością, nagle zaczyna mieć sens.
I jeszcze jedno: diagnoza to nie etykieta na całe życie, tylko narzędzie. Dzięki niej można zaplanować konkretne, dopasowane do dziecka wsparcie – czasem proste ćwiczenia wplecione w codzienność, a czasem żmudną terapię w gabinecie. Im wcześniej zaczniecie, tym mniej wysiłku będzie to wymagało w przyszłości, zarówno od dziecka, jak i od Was.
A jeśli wynik kwestionariusza będzie uspokajający? To też świetnie – to informacja, która pozwala Wam spać spokojniej, zamiast bez końca analizować każdy grymas dziecka.
Badanie integracji sensorycznej w systemie KATIS to nie wyrok i nie magiczna kula, która przewidzi całe życie Waszego dziecka. To dobrze poukładany punkt startowy do rozmowy ze specjalistą – rzetelna odpowiedź zamiast błądzenia w domysłach. Jeśli od dłuższego czasu nosicie w sobie pytanie „czy z moim dzieckiem wszystko jest w porządku?”, ta diagnoza może dać Wam więcej spokoju niż kolejna nieprzespana noc na czytaniu forów. A im wcześniej ją zrobicie, tym więcej czasu zyskuje Wasze dziecko na to, żeby po prostu rosnąć spokojniej.
]]>Błąd bazy danych WordPressa: [The MariaDB server is running with the --read-only option so it cannot execute this statement]INSERT INTO `sw_options` (`option_name`, `option_value`, `autoload`) VALUES ('_transient_doing_cron', '1792189508.8614780902862548828125', 'on') ON DUPLICATE KEY UPDATE `option_name` = VALUES(`option_name`), `option_value` = VALUES(`option_value`), `autoload` = VALUES(`autoload`)
Błąd bazy danych WordPressa: [The MariaDB server is running with the --read-only option so it cannot execute this statement]INSERT INTO `sw_options` (`option_name`, `option_value`, `autoload`) VALUES ('_transient_timeout_2__9b7a51e2f4b74108a3824eb60863f798', '1792191308', 'off') ON DUPLICATE KEY UPDATE `option_name` = VALUES(`option_name`), `option_value` = VALUES(`option_value`), `autoload` = VALUES(`autoload`)
Błąd bazy danych WordPressa: [The MariaDB server is running with the --read-only option so it cannot execute this statement]INSERT INTO `sw_options` (`option_name`, `option_value`, `autoload`) VALUES ('_transient_2__9b7a51e2f4b74108a3824eb60863f798', '[]', 'off') ON DUPLICATE KEY UPDATE `option_name` = VALUES(`option_name`), `option_value` = VALUES(`option_value`), `autoload` = VALUES(`autoload`)