Większość z nas posiada w domu telewizory, które co jakiś czas wymieniamy na nowsze modele, bo postęp technologiczny co chwilę nas do tego zachęca. Kiedyś telewizor nie miał pilota, wszystko obsługiwaliśmy ręcznie – dzisiaj, każdy ma pilota, większość funkcję SMART i wystarczy dobrze zaprogramować, żeby działał i sam wiedział wszystko co ma zrobić zgodnie z naszymi upodobaniami.
Jako że o bardzo poważnych sprawach czasem warto rozmawiać z przymrużeniem oka – posłużmy się w tym miejscu analogią zakupu tegoż sprzętu do narodzin i wychowywania dziecka.
Nasz świeżo urodzony maluch, to przecież taki bardzo zawansowany technicznie, jednak niezaprogramowany telewizor. Programy wgrane ma tylko trzy – spanie, jedzenie i zapełnianie pieluchy. A my, patrząc na niego jesteśmy pełni nadziei i oczekiwań, że będzie to wspaniały, wszechmocny „sprzęt” który przetrwa burze, huragany, zawsze wybierze właściwy program, będzie wieczny i niezniszczalny. Wchodzimy więc w rolę pilota i zaczynamy programowanie.
O ile początkowo nowych funkcji przybywa powoli, to w krótkim czasie, ich pojawianie zaczyna się lawinowo. A my jako pilot, zamiast tylko wciskać w odpowiednim momencie „OK” i szukać nowych programów i połączeń – zaczynamy podświadomie i kierowani najlepszymi intencjami – proces programowania spowalniać i ograniczać funkcje.
Niemowlak usilnie próbuje chwycić zabawkę? Bez sensu, przecież nie trafi i zacznie się denerwować. Podajemy. Próbuje przewrócić się na brzuch? Ależ się maluszek męczy – pomagamy się obrócić. Domaga się czegoś, krzyknie, zapłacze, bo chce coś zakomunikować? Niech nie traci energii – zgadujemy za niego. I nie, nie mówię tu o rozumieniu potrzeb i podążaniu za nimi, które intuicyjnie wykształca w głowie każdy rodzic maluszka. Mówię o wyprzedzaniu potrzeb, zanim dziecko cokolwiek konkretnie wyrazi.
W ten sposób już od pierwszych miesięcy uczymy kluczowej umiejętności: „nie muszę próbować, ktoś zrobi to za mnie”.
Maluch rośnie, możliwości się zwiększają, a z nimi wymagania i skala trudności. I tu włącza się programowanie „skrótów” czyli – „szybciej będzie, jak ja to zrobię”
Dwulatek chce sam zjeść zupę? Oczywiście, że chce, babranie się w jedzeniu jest najlepszą zabawą, ale czy naprawdę musi tak wszystko brudzić? Czy mamy czas ciągle sprzątać? Przecież trzeba zrobić dzisiaj jeszcze tysiąc rzeczy z napiętego harmonogramu. Łyżka w rękę, otwórz buzię, trzy ruchy i po sprawie. Czysto, sprawnie, bez strat w marchewkach, ubranku, podłodze i obrusie.
Ubieranie? Przecież to trwa wieczność. Poza tym, serce się kraje, gdy człowiek patrzy jak się maleństwo męczy. Lepiej szybko pomóc – rajstopy założone w 15 sekund, spodnie, bluzeczka, czapka, szalik butki, kurtka i gotowe. Dziecko nawet nie zdąży zaprotestować. Przecież świat czeka, nie ma co się tak grzebać.
Ale tu pojawia się kolejny efekt uboczny – dziecko zaczyna podejrzewać, a wkrótce uwierzy, że ręce służą głównie do trzymania misia.
I tak z malucha wyrasta nam nasza duma – dzielny przedszkolak, co do którego mamy już całkiem konkretne plany edukacyjne, czasem nawet propozycje na ułożenie życia. Ale też, chcielibyśmy, żeby miał w życiu jak najłatwiej, bez nerwów, frustracji, niepotrzebnych zawirowań.
Nasz przedszkolak in spe próbuje ułożyć puzzle? Frustruje się? No nie, tego nie chcemy. Wkraczamy do akcji – cyk, cyk, poczekaj, mama/tata pomoże – obrazek gotowy.
Zakładanie butów? „Daj, bo się spóźnimy”. Sprzątanie? „Ja zrobię, bo ty nie dasz rady”.
W ten sposób chronimy dziecko przed najgroźniejszym doświadczeniem świata: uczeniem się przez próbę i błąd. Doświadczaniem na własnej skórze trudu wykonywania codziennych czynności, poprawiania tego co się nie udaje, radości z udanego działania, brania we własne ręce inicjatywy.
Przedszkole szybko mija i nasz przedszkolak – staje się pierwszakiem. Dostaje gotowość szkolną, która często nota bene prawdziwą gotowością nie jest, ale jest przemiły, ukochany i nasz, więc do głowy nam nie przychodzi, że może nie być do szkoły gotowy. A szkoła to skok na główkę do basenu, który albo ma wodę albo nie. Jeżeli ma wodę, a nauczyliśmy dziecko podstaw pływania, to po skoku wypłynie, utrzyma się na wodzie i zacznie w swoim tempie pływać. Nam pozostanie kibicowanie z brzegu. A jeśli nie – basen okaże się suchy, guz na głowie i cala seria akcji ratunkowych przed nami.
Szkoła – to wymagania, a my nadal żyjemy w przekonaniu, że „łatwiej znaczy lepiej”.
Praca domowa? Trzeba przypilnować, a dziecko słabo rysuje, no przecież nie można oddać czegoś niedoskonałego. Poprawiamy szlaczki. A potem już właściwie piszemy sami, bo późno, trzeba spać. Projekt z przyrody? Rodzic + drukarka + internet = sukces edukacyjny dziecka. Sprawdzenie co było w szkole podczas nieobecności? Mama obdzwania rodziców innych dzieci.
Dziecko uczy się ważnej lekcji: Wikipedia i mama to jedno i to samo. I tak przez kolejne lata z coraz większą frustracją rodzicielską, bo nauczyciele coraz więcej zadają, coraz więcej wymagają. Pojawiają się wydatki na korepetycje, bo przecież rodzic nie jest wszechwiedzący, musi zarabiać, nie ma tyle czasu na pilnowanie odrabiania lekcji, a jeszcze trzeba przygotować plecak, ubrania na basen, strój na trening piłki, tort na urodziny, kupić maskotkę na Mikołajki klasowe. Niekończące się pasmo obowiązków, o których trzeba codziennie pamiętać. I tak zastaje nas okres burzy i naporu – czyli w domu pojawia się nastolatek, który „nie ogarnia”. Budzenie rano do szkoły i śniadanie – oczywiście rodzic. Terminy sprawdzianów – pamiętane przez rodzica. Załatwianie spraw własnych i szkolnych – wykonane przez rodzica.
I narastająca frustracja, gniew, ciągłe pretensje „Dlaczego sam niż nie zrobisz? Dlaczego ciągle ja? A ty tylko grasz/ siedzisz w telefonie/oglądasz telewizje/gadasz przez telefon* (*niepotrzebne skreślić) Przecież inni dawno już to robią. Popatrz na Maćka – on wszystko sam ogarnia”.
No cóż. Nie wydarzyła się żadna magia. To prosta konsekwencja tego, że nigdy nie zaprogramowaliśmy naszego SMART TV tak, żeby radził sobie sam bez pilota i stał się zawansowaną generacją SMART TV Home. Ściskaliśmy cały czas w dłoni pilota tak mocno, że teraz, gdy chcemy go wreszcie wypuścić ze ścierpniętych palców – urządzenie wyłącza się w tryb stand by i czeka. Na instrukcje bądź naciśnięcie odpowiedniego guzika.
Jaki z tego morał? Taki, że dzieci uczą się samodzielności dokładnie tak samo jak chodzenia – poprzez próby, błędy, frustrację i… czas. Każde „daj, zrobię za ciebie” czy wyrażone werbalnie czy też w postaci automatycznego i bezwiednego zakładania czapki – to mały sygnał: „nie wierzę, że potrafisz” „twoje tempo jest niewystarczające”, „ja to zrobię lepiej”, „nie musisz o tym myśleć”.
A przecież celem nie jest szybciej i idealnie. Celem jest: samodzielnie i na miarę możliwości. Celem jest przyszłość, w której nasz maluch będzie dorosłym, mądrym, wykształconym, dbającym o siebie i swoich bliskich człowiekiem.
Jeśli dziecko może coś zrobić samo (nawet wolniej i gorzej) – koniecznie trzeba mu na to pozwolić. Zgodnie ze starym polskim przysłowiem „czego Jaś się nie nauczy – tego Jan nie będzie umiał” i wieloma innymi w tym stylu, które zapewne Państwo znacie.
A o tym jak realnie utrudniamy dzieciom i ich otoczeniu życie swoim wyręczaniem i usuwaniem z drogi najmniejszych przeszkód, czym kładziemy im kłody na drodze do dobrego życia i edukacji – w następnym odcinku :).