Kiedy zgłaszają się do mnie rodzice na diagnozę integracji sensorycznej ich dziecka, procedura jest znana. Wywiad z rodzicami, dwa spotkania z dzieckiem i omówienie diagnozy. Schemat znany i stosowany przez większość terapeutów. Ja zawsze, bezwzględnie zaczynam od zaproszenia ich samych na spokojną, niespieszną rozmowę. Wiem, że w wielu miejscach praktykuje się wywiad w obecności dziecka, łącząc zbieranie historii z równoległą obserwacją tego, jak się zachowuje, odnosi rodziców, jak nawiązuje kontakt. Sama jednak, łącząc perspektywę diagnostyki integracji sensorycznej, pedagożki i mamy, głęboko wierzę, że ten pierwszy, niezmiernie ważny krok procesu diagnostycznego musi odbyć się bez udziału dziecka. O dziecku po prostu nie mówimy przy dziecku. Ta z pozoru prosta zasada to nasz sposób na ochronę małego człowieka, zdejmujący ciężar z barków rodziców i wyznaczający bezpieczne ramy dla całej dalszej pracy.
Gdy rodzic siada naprzeciwko nas, często po miesiącach samotności, poczucia winy czy niepokoju, potrzebuje zrzucić z siebie ogromny ciężar emocjonalny. Słyszymy wtedy o wybuchach złości, o agresji w grupie rówieśniczej, o opóźnionym rozwoju mowy czy potężnej bezradności dorosłych, którym w domu po prostu puszczają nerwy. Nawet jeśli maluch wydaje się całkowicie pochłonięty zabawą w nowym miejscu, jego układ nerwowy rejestruje wiszące w powietrzu napięcie. Dzieci mają niezwykły radar emocjonalny; słysząc trudne słowa dorosłych o sobie, błyskawicznie kodują w sobie krzywdzące poczucie, że „to ich wina”, że to przez nie rodzice płaczą i że jest w nich coś nie do końca dobrze. Z kolei u rodzica w obecności dziecka uruchamia się naturalna autocenzura. Nie chcąc ranić ani zawstydzać swojej pociechy, opiekun zaczyna wygładzać fakty, bagatelizuje momenty bezsilności i przekazuje nam znacznie mniej informacji o rzeczywistych trudnościach domowych. Zamiast przestrzeni pełnego skupienia, wkracza ciągłe rozproszenie: pilnowanie, czy maluch nie wchodzi na wysokości, przerywanie wypowiedzi, prośby o picie, toaletę czy przytulenie. W takich warunkach nie da się zbudować relacji opartej na głębokim zaufaniu.
Do tego dochodzi, przynajmniej w moim przypadku, trudność w skupieniu się na rozmowie, gdy dziecko jest obok. Bo z jednej strony chciałabym nawiązać relacje z dzieckiem, aby dobrze poczuło się w mojej obecności i w moim Lisim Królestwie, a z drugiej chcę relację nawiązać z Rodzicami. A dzieci bywają różne. Jedne zajmą się sobą, inne potrzebują ciągłej atencji.
Podczas spokojnego wywiadu dotykamy wątków bardzo intymnych i medycznie trudnych, o których dziecko pod żadnym pozorem nie powinno słuchać. Cofamy się przecież do okresu prenatalnego, pytając o wcześniejsze straty ciąż, wieloletnie starania, leczenie hormonalne, procedury in vitro czy paraliżujący lęk o utrzymanie ciąży. Dopytujemy o pobyty w szpitalu, bolesne zabiegi, intubacje i rozłąkę tuż po porodzie, a także o obciążenia medyczne w najbliższej rodzinie. Dziecko nie może być świadkiem analizowania trudnych historii rodzinnych czy traum medycznych.
I wiadomo niby, że część rodziców może wypisać mi w kwestionariuszu. Ale wywiad jest po to aby dopytać o trudności, o to co dzieje się w domu, żłobku, przedszkolu. Jak dziecko reaguje na wiele sytuacji, zdarzeń, jak je, śpi, załatwia się, czego się boi, czego nie lubi – czy ono musi o tym słuchać? Ja jako dziecko chyba nie.
Wywiad prowadzony wyłącznie z rodzicami pozwala mi także zdjąć z nich paraliżujące poczucie winy, zanim w ogóle zobaczę ich dziecko w działaniu. Kiedy mama opowiada, że w przedszkolu synek jest cichy i grzeczny, a po powrocie do domu przez godzinę krzyczy, rzuca butami i bije, mogę z nią porozmawiać i uspokoić. Wiele razy zdażyło mi się, że mamy płakały pytając czy taka a inna sytuacja mogła sprawić, że jej dziecko ma te czy inne trudności. Pojawia się ogromne poczucie winy. Przykład? Chłopiec z opóźnionym rozwojem mowy. Mama po całym wywiadzie pyta mnie, czy to że spędziła miesiąc w szpitalu z młodsza córką – która walczyła o życie – mogło wpłynąć na trudności syna. Nasze Mamy żyją w ogromnym stresie, poczuciu winy, porażki i nie wiadomo czego jeszcze – pozwólmy im na tę swobodną rozmowę przy kawie, na chwile zrozumienia, oddechu. Dajmy wparcie.
I jeszcze jedno. Gdy wywiad mamy za sobą i mały człowiek wreszcie przekracza próg mojej sali, mogę poświęcić całą uwagę uważnej, ciepłej obserwacji jego spontanicznego ruchu, strategii radzenia sobie z grawitacją i sposobów samoregulacji, mając w głowie uporządkowany, bezpieczny plan działania – bo mam nakreślony obraz dziecka przez Rodziców. I wiem (mniej więcej) na co mogę sobie pozwolić. I przykład: jeżeli mam informację, że dziecko jest nieśmiałe i źle się czuje w obcych miejscach – to chowam ADHD do kieszeni, tonuję głos i dostrajam się (bo zostałam uprzedzona). Gdy dziewczynka ma podejrzenie mutyzmu wybiorczego, to nie zalewam tysiącem pytań, tylko daję jej znać, że nie musi mówić, że może kiwnąć głową, że może szepnąć mamie na ucho. Bez presji.
Bo relacja jest kluczem procesu terapeutycznego. Od początku.
A w jaki sposób w Twojej praktyce gabinetowej najchętniej organizujesz przestrzeń na ten pierwszy wywiad z rodzicami, aby czuli się w pełni bezpiecznie i bez pośpiechu mogli podzielić się historią rozwoju dziecka?
PS: To jest moje spojrzenie. Każdy prowadzi wywiad zgodnie z tym jak został nauczony, jak czuje się najlepiej, jakie procedury sobie wypracował, jakie ma możliwości czasowe w swojej placówce.