Po diagnozie w zaleceniach dla rodziców naszych podopiecznych często pojawia się tzw. dieta sensoryczna. I nie, wbrew nazwie, to wcale nie jest zestaw przepisów na zdrowe obiady wspomagające rozwój dziecka (choć ograniczenie cukru zawsze na plus 😉). To raczej „przepisy” na zabawy i aktywności, które wspierają rozwój zmysłów i regulację układu nerwowego.

Rodzice często reagują z obawą: „Ale moje dziecko nie będzie współpracować…”, „Przecież mnie nie posłucha!”. I tu ważna sprawa – nawet najlepiej prowadzona terapia w gabinecie, jeśli odbywa się raz w tygodniu, nie przyniesie oczekiwanych efektów bez pracy w domu. Ale spokojnie – dieta sensoryczna w domu wcale nie musi być nudnym obowiązkiem. Da się ją „ugryźć” w atrakcyjnej formie.

Dieta sensoryczna w domu = zabawa

Dieta sensoryczna to zawsze indywidualnie dobrane propozycje aktywności, dostosowane do konkretnego dziecka i jego trudności. Ale jest jeszcze jeden warunek – dziecko musi chcieć w to wejść. A dzieci, jak wiadomo, najlepiej współpracują wtedy, gdy coś je bawi.

Dlatego komunikaty typu: „Stasiu, idziemy ćwiczyć równowagę” mogą zakończyć się fiaskiem. Ale jeśli powiemy: „Stasiu, teraz jesteś Spidermanem, musisz przejść po trudnym torze, żeby uratować swoje pluszaki!” – szanse na sukces zdecydowanie rosną. Zatem naszą dietę sensoryczną powinniśmy w taki sposób opis rodzicowi (a jako rodzic – naszemu dziecku) aby w ćwiczeniach zobaczył fajne, ciekawe formy zabawy.

 

Kilka przykładów na ugryzienie ćwiczeń w zabawny sposób

  • Równowaga – stanie na jednej nodze może być rywalizacją w „bociany” albo „flamingi”. Koniecznie z elementem współzawodnictwa z rodzicem (i uwaga, drogi rodzicu – czasem trzeba przegrać, żeby maluch poczuł satysfakcję, ale nie zawsze – przegrywanie to też cenna lekcja 😉).
  • Dotyk i odwrażliwianie – klasyczna ciecz nienewtonowska nabiera uroku, gdy zabarwimy ją na niebiesko, wrzucimy plastikowe rybki i zrobimy „ocean”. Figurki zatopione w galaretce? Idealnie! Wyciąganie ich to nie tylko odwrażliwianie, ale i świetny trening motoryki małej („obieranie zwierzaków z żelkowej skorupy” – hit wśród dzieci). Sprawdź także niesamowite możliwości masy agar opisanej na naszym portalu.
  • Propriocepcja – zamiast „Ania, teraz będziemy Cię dostymulować proprioceptywnie” (brzmi nudno, prawda?), można zaprosić dziecko do zabawy w „kanapkę” (przygniatanie poduszkami), „spa” czy „salon masażu” (kompresja i dociski).
  • Wzmacnianie mięśni brzucha – nie muszą to być nudne brzuszki. Wersja atrakcyjna? Dziecko robi brzuszki, a przy każdym uniesieniu dokleja rodzicowi naklejkę na czoło – trochę śmiechu zawsze się przyda.
  • Planowanie motoryczne – tor przeszkód to klasyk, ale można go podkręcić: dodajemy element „misji ratunkowej” (przenieś pluszaka nad lawą) albo „kosmicznej wyprawy” (poduszki to planety, których nie można dotknąć).
  • Układ przedsionkowy – huśtawka domowa, koc przeciągany po podłodze albo „samolot” na nogach rodzica – zamiast ćwiczenia, od razu brzmi jak atrakcja.

Relacja…

To, co najpiękniejsze w zabawie, to fakt, że oprócz stymulacji sensorycznej budujemy też relację. A to często okazuje się ważniejsze niż sama aktywność. Dziecko czuje, że rodzic jest zaangażowany, że ma dla niego czas i że może razem z nim przeżywać coś fajnego. To nie „tylko” , to AŻ dodatkowy bonus.

Dieta sensoryczna nie jest listą nudnych zadań do odhaczenia. To raczej zaproszenie do wspólnej, kreatywnej zabawy, która wspiera rozwój i reguluje układ nerwowy. Ogranicza nas tylko wyobraźnia – im bardziej ją uruchomimy, tym łatwiej dziecku będzie „łyknąć” ćwiczenia. A dodatkowy plus? To świetny sposób na budowanie bliskości i wspólnego, jakościowego czasu.

Zatem – bawmy się doskonale!